Archiwum kategorii: Uncategorized

Jak pomagamy dzieciom przyjąć nowe rodzeństwo

Na pewno nie uda mi się wyczerpać tematu, bo jest jak rzeka długi i szeroki… i jeszcze głębokość i rośliny w około mogą rosnąć inne 😉
Prosiłyście jednak o kilka naszych sposobów wspierania naszych dzieci gdy miały zostać starszym bratem lub siostrą. Mam nadzieje, że was zainspiruję, koniecznie dajcie też znać w komentarzach co u was się sprawdziło w tych wyjątkowych dniach.

Już pięć razy przygotowaliśmy nasze dzieciaki na przyjście „nowego”. Szczególnie jednak za pierwszym razem mieliśmy tremę i wiele obaw jak to wszystko wyjdzie. Pomocne okazały się dziesiątki rozmów, które przeprowadziliśmy z innymi młodymi rodzicami, którzy mieli te chwile przeżyte na świeżo, ale też z takimi z większym rodzicielskim stażem.

To co najbardziej nam się spodobało i przyjęliśmy jako pewną dobrą myśl to że dla dziecka to naturalne, żeby przebywać z ludźmi. Nowe osoby które go kochają, są obok, a z czasem coraz więcej się z nim bawią. Rodzeństwo to skarb dzięki któremu może rozwijać wiele talentów i umiejętności. Staraliśmy się już sami między sobą przypominać sobie, że nasz pierworodny przede wszystkim zyskuje kogoś, a nie traci rodziców.

Nie lubię słowa „zazdrosny” w przypadku tych zupełnie najmłodszych dzieci. Nie neguje tych uczuć, mam jednak wrażenie, że to mocne słowo jest nadużywane. W wielu sytuacjach obserwując „starszaka” widziałam, że jest np. Śpiący, głodny, znużony miejscem, rozdrażniony zmianą rutyny… nie przypisywałam wszystkich niefortunnych momentów jako efektu „zazdrości”. Ważny był też dla mnie sposób w jaki mówię o dziecku które nosze pod sercem tym już na zewnątrz.

Np.

Dwulatek chce na ręce. Krzyczy i rzuca się, a ja nie mogę go podnieść bo jestem w 9 miesiącu ciąży i … po prostu nie mogę. Nie mówię mu wtedy:

– nie mogę cię nosić bo mam dzidziusia

Ale raczej:

-nie mogę cię podnieść- bolą mnie plecy.

Widzicie na pewno różnicę.

Takie małe zmiany w tym jak mówimy o nowym dziecku między sobą przy dzieciach i do dzieci już dawały w moim odczuciu pewne tło. Reagowaliśmy stanowczo, gdy ktoś komentował „o to teraz się skończyło już nie będziesz najmniejszy” i obracaliśmy te nieszczęsne słowa w drugą stronę: „ jaka to wspaniała przygoda, coś nowego! To będzie ciekawe być starszym bratem” .

Słowa mają moc! Dają poczucie bezpieczeństwa, radosnej atmosfery…warto budować pozytywne postrzeganie narodzin nowego człowieka od początku. Dlatego też gdy mówimy dzieciom o tym, że czekamy na kogoś nowego, staramy się to robić w wyjątkowy sposób. Świętować, jeść lody, balony, coś uroczystego, może jakiś list, zdjęcie z usg w ramce…pomysłów na to jak jest mnóstwo.

Mama w szpitalu

Dla tych z was które rodzą w szpitalu na pewno stresująca jest myśl o zostawieniu tych młodszych dzieci czasem nawet na kilka dni z innymi opiekunami. Warto już wcześniej tłumaczyć, że tak będzie! Mieliśmy trzy różne książeczki na temat pojawienia się nowego członka rodziny i w każdej przy tym temacie zatrzymywaliśmy się i opowiadaliśmy sobie jak to u nas będzie. Która ciocia przyjedzie? a może oni spędzą czas u dziadków? Były różne sytuacje, ale wiedząc wcześniej byli gotowi. Niektórzy nawet mieli spakowaną swoją torbę na czas porodu 🙂 Możemy przygotować specjalne pudełko z jakimiś kreatywnymi zabawami albo smakołykami… A może nawet dać dzieciom zadanie żeby coś przygotowały dla mamy i dzidziusia? Nasze dzieci uwielbiały takie konkretne zadania.

Już jest!

Potem gdy dzidziuś już był w domu starałam się pomagać nazywać uczucia tym młodszym na różne sposoby i razem szukaliśmy odpowiedzi na to dlaczego tak jest trudno w tej chwili… czasami wywiązywały się z tego naprawdę dobre rozmowy.

Np.

– mamo ja chce. Ty chodź!

– bardzo chce z tobą iść. Co będziemy robili?- odpowiadałam dalej karmiąc maluszka.

– chce jeść/na dwór/ czytać …

-To byłoby super! Gdzie pójdziemy jak już się ubierzemy?/ to może ty wybierz książkę ja teraz nie dosięgnę

Jeżeli padały propozycje niemożliwe technicznie do zrealizowania często sama rozmowa pomagała nam się doczekać tej chwili, a dziecko wiedziało, że je słyszę i że niebawem pomogę. Nie „zwalałam winy” na maluszka. W pierwszych dniach po porodzie cudowne są przygotowane wcześniej obok miejsca gdzie karmię różne ciekawostki: paczuszki chrupek, książeczki, dwa ludziki do zabawy, bidon z wodą itp. Polecam wam taki koszt podręczny sobie organizować (można coś już przygotować zanim dzidziuś się pojawi, albo ktoś, gdy jesteście we wczesnym połogu i naprawdę dobrze żebyście odpoczęły)

Starsze dzieci angażowaliśmy w opiekę nad maluchem. Kilkulatki mogą podawać rzeczy do pielęgnacji a nawet wymasować bobasa oliwką 🙂 Jeżeli chcieli potrzymać noworodka – starałam się to organizować bezpiecznie i cieszyłam się bardziej niż stresowałam 😉

Goście i inne sytuacje

Gdy przychodzą tzw. pierwsi goście – zazwyczaj ich uwaga jest skoncentrowana na noworodku.
Warto zwrócić ich uwagę wcześniej, może nawet przez telefon żeby pogratulowali starszemu, spytali go co u niego itp. U nas najczesciej prosilismy najmlodszego zeby to on pokazał cioci albo wujkowi nowego dzidziusia. Duma na twarzy wywołana poważnym traktowaniem starszego brata/siostry jest bezcenna.

Gdy wszystko idzie źle.

I to jest chyba najważniejszy akapit. U nas też jak u wielu rodzin (wszystkich?) były momenty a nawet dni gdy poziom napięcia i trudne emocje trwały. Warto wtedy poświęcić czas na rozmawianie. Tak z dwulatkiem. Na pewno macie swoje sposoby, żeby okazać miłość i zaangażowanie starszemu dziecku – tu się nie będę wymądrzać. Jedni lubią razem malować, inni leżą razem i się tulą inni wychodzą do żabki po sok a jeszcze inni robią razem coś na co nawet nie wpadnę 🙂
Ale nie miejcie poczucia winy gdy starsze dziecko ma gorszy dzień! Cała rodzina potrzebuje czasu zanim zacznie działać w powiększonym gronie. Dla jednych to 6 tygodni a dla innch rok. Tu nie ma się co porównywać. Dla nas kluczowe są 3 pierwsze miesiące. Tyle czasu zajmuje nam dojście do nowej rutyny rodzinnej i układamy się w tej nowej… przygodzie.

Czy nasze dzieci wierzą w Mikołaja?

Co roku pod koniec listopada mam od was masę pytań o to jak wygląda w naszym domu adwent, wigilia i kwestia szaleństwa prezentowego w grudniu. Tyle ważnych dni, które mają wyjątkowe znaczenie dla dzieci… i dla nas jako rodziców. Mam nadzieję, że znajdziecie odpowiedzi na wszystkie, a może nawet coś was zainspiruje do świętowania w tym roku.

6.12.

W naszym rejonie bardzo popularna jest tradycja podrzucania w tajemnicy niewielkich prezencików do butów domowników w czasie nocy z 5 na 6.
Oczywiście obuwie musi lśnić czystością, więc nawet najmłodsi dostają mokre chusteczki i pucują.
Wcześniej opowiadamy im historię o św. Mikołaju z Miry o którym znamy raczej legendarne historie, napisane już kilkaset lat po jego śmierci) Jest w nich ukryta piękna myśl o dobroci, dzieleniu się tym co się ma nie oczekując nic w zamian.

Naszą ulubioną legendą jest ta o trzech ubogich siostrach, które potrzebowały pieniędzy na wiano. Gdy dowiedział się o tym Mikołaj, w środku nocy, przebrany by nikt go nie poznał, zakradł się po ciuchu i podrzucił potrzebne złoto przez okno.
Dlatego my czekamy czy gdy będziemy smacznie spali ktoś potajemnie podrzuci nam coś do buta.

Jakie są efekty? Dzieci trochę gorzej zasypiają wieczorem, ale rano mamy masę radości. Co więcej czasem zmartwieni czy rodzice też będą mieć niespodziankę podrzucają ją sami! Oczywiście w największej tajemnicy.
Inną ważną kwestią jest szacunek do rodzin w których “wiara w Mikołaja” jest bardzo ważna.

Uczymy nasze dzieci, że nie powinny innym dzieciom mówić, że wiedzą skąd się biorą prezenty np. w przedszkolu. Nasze dzieci też nie boją się przebranych mikołajów, wiedzą, że to ktoś bliski i życzliwy kto nie chce być rozpoznany po to żeby niespodzianka się udała. A na ich pytanie “dlaczego u niektórych ludzi Mikołaj przychodzi też w wigilię” mówimy, że… widocznie taką mają tradycję. Opowiadamy im o dziadku mrozie w rosjii, o aniołku w innej części Polski… i o tym, że tradycje i spędzanie świąt są naprawdę różne, I TO JEST PIĘKNE!

Adwent

To wyjątkowy czas przygotowań do wigilii i świąt. Ponieważ jesteśmy wierzący, nacisk kładziemy na narodziny Jezusa. Najważniejsze przyjęcie urodzinowe w roku. Mieliśmy różne podejścia do kalendarzy adwentowych, jednak z małymi dziećmi trudno przewidzieć czy konkretnie tego dnia będziemy w stanie piec pierniczki czy inne specjalne zdania. A kalendarze z mini prezencikami wg. nas nie do końca uczą oczekiwać, a raczej stale konsumować. A te z czekoladkami? Gdy nasze dzieci dostały takie trudno było im jeść po jednej dziennie. I to w dodatku tylko ze swojego kalendarza… 😀
W tym roku planujemy skupić się na oczekiwaniu. Na ścianie w kuchni zawiśnie symboliczny kalendarz z dniami od 29 listopada – to wtedy wypadnie pierwszy dzień adwentu. Chodzenie na roraty przerastało nas logistycznie co roku, więc w 2020 nic się nie zmieni 🙂 Może gdy będą starsi. Staramy się rozmawiać z nimi na temat postanowień adwentowych – nie jest to jednak nie jedzenie słodyczy, bo generalnie jemy je okazjonalnie. Raczej nakierowujemy ich na dobre uczynki, na uważność w kwestii przebaczania i …jałmużnę! To naprawdę dobry czas w roku, żeby uczyć ich wrażliwości na ubogich.

Ważnym wydarzeniem jest dla nas budowa szopki. Trochę działań plastycznych, trochę rozmów, trochę poparzonych palców klejem z pistoletu i nasze figurki znalezione na allegro. Takie bardzo tradycyjne, ale mam do nich sentyment. Nie dokładamy jednak najważniejszej figurki, a trzech króli stawiamy gdzieś dalej, bo przyjdą dopiero szóstego stycznia 🙂

Oczywiście jest to też czas przygotowań technicznych i materialnych naszego domu. Staramy się zamykać temat prezentów jak najszybciej i pakować je kilka dni przed świętami zanim zacznie się “młyn” w kuchni. Poza tym staramy się robić grubsze porządki w zakamarkach naszego domu. To świetna motywacja, żeby przyjrzeć się co mamy, co nam się nie sprawdziło i … wystawić to na sprzedaż, wywieźć na gratowisko, wydać komuś komu się przyda.

Wigilia

Przygotowania do niej zaczynamy jakieś 3-4 dni przed. Sporo gotuje sama, ale wymieniam się potrawami z moją mamą i teściową. Dzięki temu mamy istny przegląd dań z różnych rejonów Polski przywiezionych od szwagrów, po prabaciach itp. Istna kuchnia fusion! I faktycznie wychodzi ich 12 🙂 Porcje robimy niewielkie, a z talerzami tego co jeszcze jest krążymy w kolejne dni po rodzinie i raczej nic się nie marnuje. Tego dnia ubieramy też choinkę, kończymy ozdabiać dom.

Sama uroczysta kolacja jest dla nas bardzo ważnym czasem na rozmowy z naszymi dziećmi. Dlatego od kilku lat decydujemy się spędzić ją w najściślejszym gronie rodzinnym. Ubieramy się odświętnie, malujemy, czeszemy…nawet buty na obcasie. Koszule jednak w tym roku planuje w czerwoną kratę, a nie białe 😀

Zaczynamy od przeczytania fragmentu ewangelii mówiącego o narodzinach dzieciątka. To właśnie wtedy najmniejszy chodzący członek rodziny wkłada figurkę do żłobka. W zeszłym roku nawet zaczęliśmy śpiewać “chwała na wysokości” razem z chórami aniołów z czytania.

To wszystko sprawia, że nawet najmłodsi zauważają wyjątkowe znaczenie naszego świętowania. Potem dzielimy się opłatkiem, ale bez dłuższych życzeń. I zaczyna się jedzenie. Dzieci mogą jeść co chcą, w najgorszym przypadku jedzą głównie pierniki.
Zachęcamy do próbowania i to co najbardziej im pasowało do tej pory to: Zupa rybna, smażone pierożki z kapustą, ryba i czasem sałatka z fasoli.

Po jedzeniu idziemy na spacer! TAK, TAK… Co roku jednak tata zapomina ubrać butów i musi wrócić do domu… potem mama przypomina sobie, że nie wyłączyła piekarnika, aż w końcu spacerujemy ulicą kilkanaście minut.

Kiedy pora wracać, ja pytam kto chce kakao… Dzieciaki krzyczą, że coś się pojawiło pod choinką. ( czasem też szybko coś podrzucają co sami przygotowali).

Odpakowujemy najwolniej jak się da. Każdy musi zaprezentować co dostał. Czasem ktoś się domyśli od kogo był prezent i ze śmiechem wołamy hasło: “dziękujemy kochanemu gwiazdorkowi”.

Co roku udaje nam się też trochę kolędować, ale nie mamy określonego momentu. Wiele rzeczy dzieje się spontanicznie i jak to w dużej rodzinie… JEST GŁOŚNO i ktoś się czasem obrazi, albo coś w tym stylu, jednak na samą myśl, że już niedługo przyjdą te dni sprawia, że czuję miłe ukłucie w sercu.


Czy podwójny wózek jest mi potrzebny?

To pytanie pojawiało się bardzo często w naszych rozmowach na instagramie. Jako mama szóstki dzieci przetarłam szlaki, popełniłam błędy i odkryłam czego nie mogę polecić. A temat jest istotny, bo dobrze dobrany podwójny wózek może nam ułatwić funkcjonowanie z maluchami.

wyprawa do zoo trwała na tyle długo,
że podwójny wózek uratował nóżki
zmęczonego Dwulatka.

Każda rodzina ma swoje priorytety i potrzeby, które niestety – chyba nigdy żaden wózek nie spełni w 100%. Nie ma też co się dziwić, że coś co odpowiada naszej koleżance u nas się po prostu nie sprawdzi. Może się też okazać, że idealne dla Was rozwiązanie to dwa wózki… albo jeden pojedyńczy!

Dobra, zacznijmy od zadania sobie kilku prostych pytań na początek. Odpowiedzi na nie mogą pomóc podjąć decyzję i konkretny model wózka.

Czy planuję drugie dziecko w niedługim czasie po pierwszym?

Istnieją modele wózków które z pojedynczego jak transformersy przeobrażają się po dokupieniu np. adapterów w podwójny. Znam dziewczyny, które już w pierwszej ciąży o tym pomyślały i gdy okazało się, że będą miały kolejnego bobasa, w dogodnej chwili dokupiły pasujące akcesoria i powiększyły pojazd.
Świetny pomysł na który żałuje, że nie wpadłam przy pierwszym dziecku.
Tu jako przykład mogę wam polecić np. baby jogger city select.

Jestem w ciąży: jaka będzie różnica wieku między dziećmi?

bliźniaczy wózek “jeden obok drugiego” w wersji z gondolą i siedziskiem. Masa miejsca w bagażniku i dzieciaki mogą spokojnie spać.

Jeżeli różnica wieku jest poniżej 2 lat wózek podwójny naprawdę warto rozważyć. Dwulatki często przysypiają jeszcze na spacerach, a dłuższe wyprawy są dla nich męczące… nie mówiąc już o próbach zrobienia zakupów z biegającym malcem i młodszym w gondolce.
Jeżeli twój “starszak” już odmawia ciągłego siedzenia w spacerówce i nie śpi podczas spacerów (moje dzieci już koło 2,5 lat właściwie nie zasypiają w terenie) do rozważenia jest opcja:

gotowi na podbój świata!
  • dostawka dobrana do wózka, który już mamy.
    generalnie możemy podzielić je na te siedzące i “stojące”. Są doczepiane od boku ( np. buggypod) i z tyłu wózka (tu firm jest cała masa). Warto przejść się do sklepu stacjonarnego i sprawdzić jak faktycznie to działa z naszym modelem, bo jeśli dostawka nie jest kompatybilna, ale wydaje nam się sama w sobie idealna dla naszych potrzeb, może warto zmienić sam wózek.
  • wózki, które mogą zamieniać się w podwójny, ale można z nich zrobić pojedyńczy w razie potrzeby: np. vidiamo limo (spacerówka, którą możecie kojarzyć z mojego instagrama), bugaboo donkey (pompowane koła) lub któryś z modeli phil&teds
    (kilkoma ich modelami mogłam się pobawić i byłam fanką navigatora jednak w ich przypadku nie ma zbyt wiele miejsca na bagaże, i nie są najbardziej stabilne gdy powiesisz torbę)
  • i cała masa wózków “dla bliźniąt” w których jest możliwość zamontowania gondoli i siedziska. Ja wybrałam mountain buggy duet i był to mój ulubiony wózek. do tego stopnia, że po 4 latach kupiłam sobie nowszy model (stary służy innej rodzinie do dziś 🙂
dosyć wąsko na ścieżkach w palmniarni do której lubimy chodzić? 63 cm to szerokość mountain buggy duet, dobrze się tu sprawdzają też wózki typu tandemowego, czyli “jeden za drugim”

Ja osobiście nie wyobrażam sobie dłuższych spacerów bez podwójnego wózka,a “starszak” ma mniej niż 2 lata. Wyjście z dwojgiem wiąże się też często z dodatkowymi bagażami: butelka wody, pieluchy, kocyk, wiaderko i łopatka, o to może ta siatka żeby odnieść sąsiadce pudełko, a po drodze robisz jeszcze małe zakupy i to wszystko sobie wygodnie jedzie pod wózkiem. Obecnie ponieważ nasz dwulatek chętnie spaceruje i już nie śpi poza domem, najchętniej do spaceru po mieście wybieram spacerówkę vidiamo limo, którą awaryjnie rozkładam gdy mam więcej bagaży lub któryś ze starszaków chce się przejechać. Albo któregoś trzeba nieco opanować gdy trasa biegnie przez centrum miasta 😉
Ale gdy byli młodsi naszym wyborem częściej był bliźniaczy, “jeden obok drugiego” mountain buggy duet w którym najmłodsza dwójka mogła się przespać. Ale o tym wózku napiszę chyba osobny tekst 🙂

szlaki górskie w deszczu.

Jest też jeszcze jedno rozwiązanie! Gdy nie chcemy z różnych powodów kupować innego wózka przy drugim dziecku lub nasze wyjścia są krótsze i mniej wymagające możemy kupić np. chustę i młodsze nosić, a starszego wozić aż pewnego dnia uzna, że ma dosyć jeżdżenia;). Dla mnie nie było to dobre rozwiązanie od 3 dziecka ponieważ chciałam być bardziej mobilna i móc się wygodnie schylać w razie potrzeby, a z maluchem na brzuchu było to dla mnie niemożliwe. Ale gdy ma już te 6 miesięcy (i samo potrafi siedzieć) można nosić go bez problemu w nosidle na plecach co jest dosyć wygodne.

tu było tak zimno, że
zazdrościliśmy maluchom schronienia
😀

Ważna wydaje się też pora roku. Dużo chętniej korzystam z podwójnego wózka gdy jest zima. W śpiworkach nawet rozbablany śnieg i kałuże nie straszne i można przedostać się z punktu A do B. A latem dużo łatwiej uczyć starszaka spacerowania w pobliżu Mamy.

Ważnym kryterium jest też oczywiście budżet! Dla tych z mniejszymi możliwościami naprawdę dobrą opcją jest kupić używany lub po kilku miesiącach sprzedać swój wózek gdy nasza rodzina będzie miała inne potrzeby.

Królowa śpi a starszy brat szuka czegoś ciekawego w okolicy.

Zatem: czy jest Ci potrzebny podwójny wózek?

Zastanów się przede wszystkim jak do tej pory wyglądają Twoje wyjścia z dzieckiem/dziećmi. Czy to przedostatnie dziecko jeszcze śpi na spacerach?
Czy ucieka, a mnie to stresuje? Mieszkam w centrum miasta czy na wsi?
Potrzebuję raczej “czołgu” na pompowanych kołach, czy lekkiej zwinnej spacerówki mieszczącej się w małym korytarzu, albo bagażniku?

Ja potrzebowałam i ułatwiał mi moją codzienność, a oto właśnie chodzi gdy mamy dwoje lub więcej maluchów. 🙂

łatwiej organizować rodzinne wyjścia gdy dwa maluchy nie uciekają 😉

No dobra…a kiedy najlepiej rodzić?

No kiedy? Zastanawiasz się czy istnieje idealna pora roku? Czy w ogóle ma znaczenie jaka aura jest tłem twoich ostatnich tygodni ciąży, porodu i czasu z noworodkiem? Otóż jestem samozwańczym specjalistą, bo sprawdziłam już każdą porę roku 😉 Znajdziecie tu zatem nieco humorystyczne zestawienie plusów i minusów rodzenia wiosną, w środku lata, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, w środku jesieni, czy w czasie zimy prosto pod choinkę.

Wiosna radosna

Zacznijmy od minusów, tak na przekór tytułowi. Poród wczesną wiosną często oznacza konieczność kupienia gigantycznej kurtki typu buka po to, aby końcówka zimy upłynęła nam w miarę ciepło. Poza tym błagam… kto jest wstanie ubrać rajstopy w dziewiątym miesiącu ciąży?
Możliwe więc, że gdy zdecydujecie się na tę opcję otworzycie sezon na sandały klapki i… cokolwiek w co jeszcze się mieścicie.
Tak naprawdę nie wiadomo też jakie ubranka kumulować dla noworodka w większych ilościach, bo pogoda może być …każda. Nie na darmo mawiają „kwiecień plecień”. Szykując wyprawkę dla piątego uszykowałam się na ciepłe dni majowe, ale chłopak pojawił się już kwietniu i ciepłe bluzy a nawet cienki kombinezon po jesiennych braciach okazał się niekiedy konieczny.

Generalnie muszę jednak postąpić nierozsądnie i zdradzić już na początku, że wiosna jest moim ulubionym czasem na powiększenie rodziny. Wszystko budzi się do życia, a słońce pomaga nie zatapiać się w baby blues. Kwiaty, nowalijki, świeża zieleń… to wszystko jest idealną oprawą dla nowego życia. Nie strach zabrać malucha na krótkie spacery już w pierwszych dniach, kiedy nie potrafi jeszcze sam regulować temperatury swojego ciała. Potem lato na kocyku z bobasem który uczy się podnosić głowę, pierwsze warzywka jesienią. Bosko!

Gdy zaczyna się lato, a z latem wakacje…

Rodzenie w temperaturze powyżej 30 stopni powinno być dodatkowo nagradzane. W ogóle trzeci trymestr przypadający na czerwiec, lipiec i sierpień to prawdziwe wyzwanie. Sapiesz, kapie ci z czoła pot… na obiad podajesz lody. Albo sami niech sobie wezmą. Prysznic odwiedzasz częściej niż ma to sens, a plażowanie ze sporym brzuszkiem jest tym trudniejsze im dalej do toalety. No, ale i tutaj mamy plusy.
Wytężając umysł mogę wymienić o takie:
-nie trzeba nosić rajstop.
-Są arbuzy i truskawki.
-Można jeść lody bez ryzyka, że ktoś zwróci ci uwagę, że za zimno.

-No i gdy maluszek się urodzi nie wymaga przebierania w setki warstw. Możesz przewidzieć że lekkie bawełniane rampersy, body, kaftaniki będziesz używała gdy trzeba wyjść do ludzi 🤣

Jesień ach jesień … złote liście spadają w dół…

Rodziłam jesienią wczesną i już taką zaawansowaną. Niewysłowioną zaletą jest to, że się siedzi w sweterkach, z herbatą na kanapach. No spełnienie marzeń, gdy ty już naprawdę nie możesz się poruszać bez jęków. A! W temacie schylania. Końcówka ciąży to czas w którym pomalowanie paznokci u stóp czy ogolenie łydek graniczy z cudem gimnastycznym, zatem przyzwolenie, aby przywdziać skarpety z owczej wełny i pulchne dresy jak prawdziwe jesieniary (te mniej instagramowe) naprawdę nas urządza. Potem gdy maleństwo jest już po tej stronie świata możemy bezkarnie zamknąć się w pieczarze i tuczyć je na zimę. No chyba, że to nie jest Twoje pierwsze maleństwo … wtedy okazuje się, że ci starsi zaczynają coroczny festiwal kataru, który ciągnie się (fuj) do pierwszych wiosennych promieni słońca. W placówkach edukacyjnych zaczyna się wymiana wirusów pospolitych, ale i tych bardziej wymagających jak ospa.
Nie polecam chorowania.
A jak już się zdarzy to życzę zdrowia.
Psychicznego dla matki i ojca.

Hu hu ha! Zima zła.

Nie dajcie się zwieść podtytułowi. Problemy są oczywiście:
-Kurtka się nie dopina, a już bez sensu kupować większą tydzień przed terminem.
– Śliskie zamarznięte kałuże tworzą niebezpieczne podłoże dla spieszącej się na tramwaj „bańki wstańki”.
– No i w ogóle. Sezon grypowy, warzywa nieświeże, tyle trzeba zrobić…

Mówiłam nie dajcie się zwieść pozorom! Urodzić maleństwo przed świętami to jedna z bardziej romantycznych sytuacji na świecie. Oczywiście choinka taka trochę będzie niedopieszczona, pierogi kupione, kapusta przypalona, a reszta od teściowej, ale taki mały słodki dzidziuś w otoczeniu światełek i kolędowania nad żłóbkiem 😭ach. No i inaczej wtedy się patrzy na tą Maryję … co to w szopce dała radę. Wszystko ma inny smak gdy perfekcyjne przygotowania można, a nawet trzeba odpuścić! A gdy przyjdzie wiosna wasz maluch będzie właśnie zaczynał przygodę z jedzeniem, z dziarskim poruszaniem się więc w samą porę przyjdzie cieplejszy czas!

Nie wiem czy udało mi się Was odstraszyć czy zachęcić do którejś z opcji, ale mam nadzieję, że przynajmniej rozśmieszyć i przekonać, że każda pora ma swojego amatora 😁

Jak nadaliśmy 7 imion.

Każde dziecko to inna historia, a nadanie imienia dziecku jest dla mnie osobiście jednym z bardziej ekscytujących momentów. Nie zawsze było to takie proste, ale czasem pomysł objawiał się naszym oczekującym głowom jak coś oczywistego i znanego od początku świata. 

Te piękne układanki zamówiłam u @tatutatam

Zacznę tą historię od tego, że gdy byłam w podstawówce postanowiłam: ” będę mieć syna Jakuba. Kubusia, Kubuleńka” 😂.
Okazało się jednak, że właśnie tak nazwali mojego męża co sprawiło, że ta opcja odpadła.
Trzeba było kombinować coś nowego i to we dwoje. Nie zawsze potrafiliśmy od razu dojść do porozumienia, ale ostatecznie trafialiśmy w dziesiątkę 😉

Gdy okazało się, że będziemy mieli chłopca zaczęłam snuć wizje o małym Bonawenturze, Sewerynie lub Augustynie … Okazało się, że żadna z tych propozycji nie przypadła do gustu drugiemu głównemu zainteresowanemu. Miotałam się niespokojnie i proponowałam kolejne, bo już jakoś chciałam zwracać się do tego brzucha…

Jeremiasz

Pewnej nocy mój mąż się obudził. Usiadł na łóżku. I powiedział „To będzie Jeremiasz!” Po czym padł i spał dalej. 

A ja wtedy oczywiście usiadłam i stwierdziłam, że ma racje! To jest właśnie to imię. Rano nie pamiętał chyba do końca co i jak, a ja z tej ekscytacji nie mogłam spać. Od tej chwili to był Jeremiasz.
Gdy się urodził, zobaczyłam go …ten jego nosek, te mądre oczka nie miałam wątpliwości. To imię można przetłumaczyć jako: „Jahwe podnosi”. Jest taki fragment  w księdze Jeremiasza ( 1,5-8) który mam nadzieje, że będzie go niósł przez życie.  

Hania

Nasze drugie dziecko nazwałam ja. Kiedy myślałam o tym czy ono jest… patrzyłam sobie przez okno w domku w górach na piękne, soczyście zielone polanki z owieczkami. Powiedziałam wtedy do Kuby, że jeżeli to będzie dziewczynka nazwiemy ją Haneczka. Niestety byliśmy jej rodzicami bardzo krótko bo straciliśmy ją w trzecim miesiącu ciąży. Ale jest i na mnie czeka moja Hania.

Noemi

 To imię oznacza „moja słodycz”. Odkąd poznałam jako mała dziewczynka dwie Noemi byłam zachwycona. gdy zatem pewnego dnia, usłyszałam jego znaczenie nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że pasuje do tej historii jak ulał. Gdy się urodziła tak bardzo przypominała mi moją młodszą siostrę, że dostała drugie imię po cioci – Franciszka. 

Samuel

Nie wiem czy wiecie, ale to imię należało do bardzo popularnych w XVII wieku w Polsce wśród szlachty 😃 Tłumaczy się jako „Bóg wysłuchał” i choć nie zdawaliśmy sobie sprawy, gdy je wybraliśmy pasuje doskonale. Gdy myśleliśmy o 3 dziecku, co jest już nieco szalone 😉 stwierdziłam, że w sumie … chciałabym, ale modliłam się, żeby nie było żadnych komplikacji w ciąży i przy porodzie i … Wysłuchał! 

Borys

Połowę tej ciąży mieszkaliśmy w Rosji. Daleko za Uralem, gdzie nawet miasto wydaje się bardziej dzikie i nieokrzesane niż nasze europejskie. Zastanawialiśmy się jak nazwać tego małego chłopca, którego moc zaskoczyła wszystkich gdy miał kilkanaście tygodni. Lekarz podejrzewał…, a nawet zapewniał, że stracimy tego malucha…, a tu proszę po uruchomieniu aparatu USG od razu naszym oczom ukazał się skaczący żywo, malutki dzidziuś. Wróciliśmy do Polski, ale temat wschodnich imion ciągle nie dawał mi spokoju. Propozycja „Borys” była w naszej czołowej 7 imion do użycia, ale dopiero gdy przeczytałam o świętym Borysie byłam zachwycona, był to pierwszy chan Bułgarii który przyjął chrzest, istnieją wersje, że nawrócił się dzięki swojemu niewolnikowi i miał w nosie porady życzliwych. No jakoś mnie to urzekło. Do tego znaczenie tłumaczy się jako „wilk” lub „waleczny” co … pasuje jak ulał 😂

Stanisław

Jest to typowe imię bumerang, które wracało do nas przy KAŻDEJ ciąży. W końcu poczuliśmy, że to jest to imię. Gdy poznaliśmy się z tym miękkim, uroczym chłopcem po jego narodzinach… no wymiękliśmy 😂 „Stasiu” „Stasinek” pasuje do niego idealnie. Do tego rok 2018 był rokiem Stanisława Kostki, którego historia też jest jedną z moich ulubionych.

Nina

Przekonywałam Kubę i przekonywałam😂 trochę trwało zanim dał się namówić, ale już od pierwszych dni przyznał mi rację, że to właśnie to. Poza tym tak się złożyło, że tez dostała spontanicznie drugie imię – Agnieszka, po położnej, która przeprowadziła nas na drugą stronę porodu. Święta Nina była Apostołką i jest patronką Gruzji.

Czy jeszcze kogoś nazwiemy nie mam pojęcia, ale świat jest pełen pięknych historii i znaczeń. Zawsze będę też pod wrażeniem jak to jak dziecko nazwiemy ma znaczenie.

Sprzątanie domu z dzieckiem u boku.

Nina zadowolona, że sprząta z mamą! fot. Anna Makowska

W tym tekście mam nadzieje odpowiedzieć na parę waszych pytań, jak przy takiej gromadzie “pomocników” radzić sobie z porządkowaniem mieszkania.

Czy to w ogóle jest możliwe, że gdy stale ktoś rozsypuje, wylewa, wywraca, miesza i porzuca w dziwnych miejscach, będziemy miały skrawek kanapy na wieczorny odpoczynek?
A w ogóle, czy my mamy zawsze porządek?

Gdzie są moje granice?

Każdy ma swoją granicę tolerancji dla bałaganu. Mnie np. nie denerwuje wysypany pojemnik z zabawkami. Ale sześć pojemników już tak.
Nie denerwuje mnie bałagan w pralni, zajmuję się tym co ważniejsze. Po prostu wiem, że przyjdzie na nią czas i np. w sobotę nadrobię zaległości.

Za to blat w kuchni i stół lubię mieć czysty i zachęcający, żeby przy nim usiąść. Lubię mieć obrus, kwiatek w wazonie. Czuję wtedy, że mam gdzie usiąść gdy potrzebuje przerwy. Gdy otwiera się drzwi wejściowe do naszego domu – stół to pierwsze miejsce które rzuca się w oczy. I tak właśnie miało być, kuchnia jest centrum naszego domu. Dlatego to na niej się skupiam, gdy chcę mieć strefę wolną od klocków.

Czasami trzeba coś zmienić

Nie da się ukryć, że moje maluchy, są dosyć żwawymi pociechami i STALE coś rozsypują. Stanisław uwielbia rozrzucać przyprawy, płatki, piasek z doniczek i inne rzeczy, których nie chcesz mieć przyczepionych do stóp. Do tej pory mieliśmy stale pod ręką przemysłowy odkurzacz, który lubimy …jednak kupiliśmy go typowo na remont. Jest wielki i bardzo rzuca się w oczy na środku mieszkania, bo co chwilę jest potrzebny. Zaczęłam więc myśleć o jednym z tych bezprzewodowych odkurzaczy.

Dzięki współpracy z firmą Thomas mogę testować Quickstick Stick Boost… i jak się domyślacie okazje by go użyć pojawiają się co chwilę.

Jest niewielki, waży około 3kg, więc bez problemu sprzątam nim jedną ręką. (W drugiej oczywiście trzymam Ninę.) Jest cichutki, więc można bez krępacji użyć go nawet o 5 rano gdy Stachu wysypie resztkę płatków śniadaniowych, a sąsiadka z dołu i reszta dzieci na pewno jest mi wdzięczna za ciche uporanie się z małą katastrofą. Do bajerów, należy podświetlenie ledowe, które wydawało mi się zbędne…aż zaczęłam sprzątać! Dokładnie widać zakamarki np. przy listwach czy pod komodą. O! Właśnie na pewno można go pochwalić za wygodne odkurzanie pod meblami.

To podświetlenie jest bezlitosne 😉 Jeśli gdzieś jeszcze są fafoły do wciągnięcia to ich nie przeoczysz
fot. Anna Makowska


Elegancko mieści się nawet pod niewysokie komody czy sofę. A jeśli chodzi o sofę, specjalne końcówki wymienne do “Quicksticka” pozwalają łatwo i szybko pozbyć się kawałków czipsów po wieczornym maratonie serialu. To samo z kanapą w samochodzie! Mój mąż od razu zachwycił się opcją bezprzewodowego urządzenia, które naprawdę wciąga resztki paluszków z dziecięcych fotelików po wyprawie.

W tej wersji odkurzacz super się sprawdzi przy sprzątaniu samochodu!
fot. Anna Makowska
No i żadnych worków!
fot. Anna Makowska

Łatwo i szybko, albo może się nie udać…


W ogóle w sprzątaniu z dzieckiem u boku często chodzi o nasz komfort. Sprawne narzędzie pod ręką to jest to co sprawia, że chce mi się działać. Dlatego nasz nowy odkurzacz zawiśnie blisko centrum dowodzenia (czyli kuchni) na specjalnym uchwycie. Ważne, żeby blisko był kontakt i przy okazji ładować baterię.
Ty najlepiej znasz twoje mieszkanie i wiesz gdzie najczęściej te małe “awarie” wybuchają. Życie z dwulatkami nauczyło mnie zasady:

Lepiej szybko coś ogarnąć, niż pozwolić na efekt domino.

Maja Comastadello
Myślę, że tutaj nie jest potrzebny opis 😀 fot. Anna Makowska


Innymi “gadżetami”, które usprawniły mi prowadzenie domu są na pewno suszarka bębnowa ( możecie przeczytać osobny wpis o tym jak radzę sobie z praniem dla taaaaakiej rodziny) i mop parowy.
Wcześniej nie znosiłam mycia podłóg i zostawiałam to na koniec … i to mężowi 😀
Teraz odpalam mop i bez żadnego latania z wiadrem, najczęściej samą wodą myję podłogi i mam pewność, że pełzające dzieci bawią się na bezpiecznej powierzchni.

Współpraca całej rodziny

Nie da się posprzątać domu w którym mieszka np. 8 ludzi w pojedynkę… to znaczy można próbować. Jednak zanim skończysz obchodzić każde pomieszczenie dokonując najpilniejszych prac porządkowych, twoje słodkie maluchy rozpoczną jakąś fascynującą zabawę w tym już “doszlifowanym”.
Albo lepiej: trzeba już rozpocząć od nowa posiłek bo minęło tyle czasu.

Codziennie zachęcam moje dzieci, żeby robiły proste czynności związane ze sprzątaniem. Czy są najbardziej samodzielni na świecie? Pewnie nie, ale wymagamy od starszej trójki ( 7lat, 5 lat i 4 lata) np. Odnoszenia swoich brudnych ubrań do pralni, odkładania talerzy do zmywarki, starcia rozlanego picia. Powoli uczymy tego też Borysa (3 lata) i Stasia (1,8 roku) i to prawda, że dzieci najlepiej uczą się przez naśladowanie! Maluchy są wręcz dumne, że potrafią zrobić coś NAPRAWDĘ, a nie udają sprzątanie.
Myślę, że fajnie, żeby mieli poczucie, że to ich dom i też są odpowiedzialni jak w nim wygląda.

Ale ciągle się uczą…


Nie zawsze w tygodniu naciskamy na sprzątanie zabawek z podłogi w ich pokoju. Zakładam ze spokojem, że raz w tygodniu porządne sprzątanie razem z mamą, albo tatą w zupełności wystarczy. Nie chodzi przecież o to, żeby dzieci cały wolny czas poświęciły na porządkowanie! Z resztą … ja też wolę szybką mobilizacje, rozwiązanie palących problemów i pobyć z rodziną.

sprzątanie z prędkością światła 😀
fot. Anna Makowska

Nie dajcie się zwariować

Na koniec chcę Wam powiedzieć- mamy małych dzieci, że przyjdą czasy gdy sobotnie porządki będą sensowne i dadzą trwalsze efekty niż do niedzieli rano. Ale na razie gdy masz np. dwoje maluszków nie zadręczaj się tym czego nie zdążysz lub nie masz siły posprzątać. Owszem usprawniaj funkcjonowanie twojego domu, może coś potrzebuje mieć osobne pudło, może coś powinno leżeć wyżej, może jakaś czynność powinna stać się nawykiem całej rodziny, a może potrzebujesz innego rodzaju urządzenia aby cały proces usprawnić. Jednak najważniejsze jest to, żebyście waszym domem i byciem razem się cieszyli. Te lata szybko nam miną.

Post powstał przy współpracy z firmą Thomas.
KLIK DO ODKURZACZA

Co i jak pakować do szpitala na poród?

Wydawało mi się, że temat jest już wyczerpany, jednak stale dostawałam pytania co ja pakuje w tą niezwykłą “podróż życia”. Postanowiłam więc zebrać tu najlepsze pomysły i te zupełnie nietrafione. W końcu kilka razy do tego szpitala się jechało…:D

Co za dużo to niezdrowo…

takie szpitalne widoki to ja rozumiem!

Kiedy jechałam na pierwszy poród moim największym błędem było zabranie TRZECH toreb: Jedna na sam poród, jedna dla mnie do szpitala, jedna dla dziecka. Ponieważ zostałam jednak w szpitalu na kilka dni, te wszystkie torby doprowadzały do szału biedne salowe, które codziennie starały się umyć podłogę. Kolejnym dyskomfortem z powodu nadbagażu było to, że wszystko musiałam zabrać ze sobą z sali na porodówkę… a nie każda położna była skora nosić te bambetle. Wcale się nie dziwię.
Zatem jeżeli nie masz w planach się irytować, a w twoim szpitalu brakuje najemnych tragarzy… przemyśl co bierzesz, a co może czekać zapakowane w siatkach i opisane np. na szafie.

Na dobry początek

Od czego zacząć? Dowiedz się co jest już dostępne w szpitalu, który wybrałaś. Z rozmów z koleżankami lub od położnych możesz się dowiedzieć, że wielu szpitalach na ciebie i twojego noworodka czekają:

  • pieluchy
  • podkłady na łóżko dla mamy
  • gigantyczne prostokątne “podpaski”
    (nie są wygodne oczywiście, ale na pierwsze dwie doby jak najbardziej mogą okazać się… w sam raz. )
  • jedzenie dla ciebie w wersji … podstawowej.
  • kaftaniki, czapeczki, kocyki i flanelki dla malucha
  • mleko modyfikowane dla dziecka w razie potrzeby

Co na pewno musisz zabrać:

Na poród:

Uwaga! Ta torba nie powinna być ciężka.
Ma ważyć tyle, żebyś w razie czego sama ją poniosła.
Mi najlepiej sprawdził się wygodny plecak.

  • dokument z wynikiem badania grupy krwi. Tu nie ma żartów.
  • wynik badania GBS
  • kartę ciąży i resztę wyników
    (ja w każdej ciąży mam tak wiele badań, że pytam lekarza, które z tych powinnam przy mojej sytuacji mieć “na wierzchu” razem z kartą ciąży. Resztę mam w teczce w walizce i w razie potrzeby jest możliwość przeanalizowania)
  • klapki na zmianę
  • ręcznik (do rozważenia dwa, ale niewielkie!)
  • koszula w której chcesz rodzić.
  • druga koszula “awaryjna”
  • dodatkowe bawełniane gatki
  • skarpetki ( bywa zimno w stopy szczególnie gdy poród trwa dłużej
  • woda (polecam mieć jedną mniejszą butelkę z dziubkiem lub bidon, łatwiej trzymać i pić w dziwnych pozycjach 😉 )
  • jedzenie (oczywiście dowiedz się od twojej położnej jaka jest sytuacja i co kiedy możesz! Bywają porody które idą powoli ale fizjologicznie i wtedy np. cukierek do ssania, daktyle, orzechy dodawały mi energii. Ale jeszcze istotniejsze jest… jedzenie dla męża 😀 nie będę się rozpisywać na ten temat – uwierzcie mi na słowo. głodny mąż nie pomaga przy porodzie tak jak podjadający 😉 )
  • gumka do włosów. (nie ma nic bardziej irytującego długowłosą rodzącą niż jej brak w razie potrzeby)
  • Urządzenie fotografujące 🙂 telefon, aparat… to co masz. Pamiętaj o ładowarce.
Udało się!

do szpitala “po porodzie”:

Do tego etapu wyprawy polecam walizkę na kółkach.

  • koszule wygodne do karmienia.
    ( ja biorę 2, a resztę układam w opisanej siatce w miejscu ustalonym z mężem. Potem jeśli potrzebuje, żeby mi dowiózł to nie ma problemu. Nie polecam sztucznych materiałów. Ja biorę tylko 100% bawełniane)
  • opcjonalnie szlafrok lub miła bluza.
    (W szpitalu bywa za zimno, lub za gorąco… nie wiem dlaczego nigdy optymalnie 😛 )
  • do rozważenia – drugie klapki.
    ( pierwsze takie które można łatwo umyć masz już z torby porodowej, ale niektóre dziewczyny lubią mieć jeszcze takie do chodzenia po pokoju 🙂 ja wolę wytrzeć papierowym ręcznikiem i mieć tylko jedną parę.)
  • ręcznik
  • szczotka do włosów.
    (zapomniałam na jeden pobyt w szpitalu 😀 nie polecam zapomnieć)
  • wszystko to czym lubisz się myć
    ( ALE najlepiej żeby było delikatne, bezwonne, w małych opakowaniach np. można sobie przelać do zestawów podróżnych.)
  • szczoteczka do zębów i pasta
  • Jeżeli masz ochotę spakuj sobie tusz do rzęs. J
    (a czuje się świątecznie jak pije dobrą herbatkę, mam rozczesane włosy i “zrobione oko”. Tylko wtedy dorzuć też coś do demakijażu! )
  • ROZRYWKA
    (Noworodki są różne… może się okazać, że nie masz czasu iść na dłużej do toalety. Ale może się też okazać, że spędzisz całkiem relaksujące godziny bez obowiązków. Ja brałam kindla, książkę, sudoku…)
  • Fajnie mieć papierowe ręczniki i paczkę chusteczek
  • długopis!
  • Kubek, sztućce (dowiedz się jak jest w Twoim szpitalu z tymi akcesoriami. Ja musiałam pakować)
  • dobre herbaty
    (niestety w szpitalu nie dają zazwyczaj dobrej herbaty, a po porodzie naprawdę dobrze jest sporo pić ciepłych napojów!)
  • Przekąski
    (Ponieważ moja rodzina dowoziła mi ciepłe jedzenie nie dorzucałam do tej torby zbyt wiele na zapas. Kilka rzeczy które w razie gdybym rodziła w środku nocy i nie było jedzenia na oddziale. Np. musli w małej paczuszce, paczka orzechów, owsiankę instant…suszone śliwki – dobry pomysł w związku z poporodowymi atrakcjami…)
  • woda
    (do tej torby dorzucam jedną, żeby nie dźwigać, a później donoszą mi tyle ile potrzeba 🙂 )

Dla bobaska

Rzeczy dla dziecka najlepiej, żeby mieściły się do
walizki “poporodowej”. To co ty wymieniam musi
mieć możliwość prania w wysokich temperaturach.

  • Ubranka
    (Jeżeli chcesz, żeby dziecko miało swoje ubranka, a nie szpitalne możesz zabrać co chcesz. Pamiętaj tylko, że będziecie tam tylko kilka dni – najprawdopodobniej 2. Nie trzeba brać setek bodziaków : ) ja biorę 2-3 body i spodenki ze stópkami – takie półśpiochy. Lubię też spakować czapeczki jako stylizacje do pamiątkowych zdjęć.)
  • Pieluchy – jeżeli nie ma ich w szpitalu
  • krem do pupy –
    (ja biorę linomag bo to mój ulubiony na odparzenia. Ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby taki maluch się odparzył. W pierwszych dniach nie używam niczego przeciw odparzeniom.)
  • mokre chusteczki.
    (I tu uwaga… przydają się raczej do przetarcia stolika, czy wytarcia na szybko rąk gdy trudno ci wstać bo karmisz lub masz gojącą się ranę po cc. Były porody na które nawet ich nie brałam. Zdrowiej jest myć dzieci wodą! A tej w szpitalnych kranach nie brakuje. W niektórych szpitalach są uszykowane gaziki, waciki które namoczone możesz użyć do podmycia dziecka. )
Pierwsze chwile jako rodzina 2+6
fot. Anna Makowska

Na wielki powrót

tą torbę zostawiam w domu i przywozi mi ją mój mąż

  • ubranie dla ciebie – i buty!
    (Naprawdę przygotuj je wcześniej. Naprawdę. Podekscytowany wydarzeniami tata może mieć problem z wybraniem stylizacji.
    Pamiętaj też, że twój rozmiar może się nie zmienić znacząco – macica nadal potrzebuje czasu żeby się obkurczyć. Coś luźnego lecz ładnego 🙂
    Miej w głowie to że pewnie będziecie chcieli zrobić kilka zdjęć z tej uroczystej chwili.)
  • ubranko dla dziecka.
    (Ja szykuje dwa różne rozmiary. Dlatego, że już kiedyś lekarze zgodnie pomylili się w szacowaniu rozmiaru noworodeczka… i Samuel w rozmiar 56 nigdy się nie zmieścił 😀 Ważył prawie kilogram więcej niż się spodziewali niektórzy.)
  • fotelik.
    (Ostatnie porody robiłam tak, że torbę z ubraniami na wyjście przyczepiałam właśnie do fotelika. )
Powitanie nowego członka rodziny. fot. Anna Makowska

Ostatnie myśli w temacie…

Nie popełniaj też mojego błędu z pierwszego porodu! Jak odwiedza cię ktoś z domu – oddawaj mu ubrania do prania! W przeciwnym razie ze szpitala wyjdziesz z 5 torbami.
Jeżeli ktoś Ciebie chce odwiedzić – uprzedź, żeby ewentualne prezenty poczekały na malucha w domu. A najlepiej, żeby w ogóle maluch dostał je kiedy będziesz miała siły i ochotę na gości. To wcale nie muszą być pierwsze tygodnie po porodzie.

Takie widoki w szpitalu… To Nasz “malutki” Samuel z Tatą.


Nie będzie przesadą notowanie wszystkiego co przyjdzie ci do głowy, że może się przydać. Pod koniec ciąży mój umysł pracował na tyle ciężko… że nie byłam wstanie napisać tego tekstu 🙂 . Takie odhaczanie punkt po punkcie listy rzeczy do spakowania niezmiernie mnie uspokajało!
Zatem bierz śmiało moją listę jako pomocniczą, i stwórz swoją własną dostosowaną do tego co w twoim szpitalu może się przydać. Powodzenia!

“Rok po roku”

Temat rodzeństwa z małą różnicą wieku jest rozległy i dla wielu osób … emocjonujący. Postanowiłam opisać wam nieco moich przemyśleń i anegdot.
OWSZEM TO JEST TRUDNE

Ta trójeczka urodziła się w 2 lata i 9 miesięcy.

Zacznijmy od tego, że #macierzyństwobezlukru jest ważnym elementem tworzenia treści w sieci. Nasze życie z dziećmi często odbiega od romantycznych wizji z “bliskościowych” książek, które czytamy w pierwszej ciąży. Stanowczo pierwsze lata rodzicielstwa nie przypominają też scen z reklam miękkich pieluszek i słodko pachnących płynów do kąpieli noworodka. I czasami dla kogoś kto w swoim otoczeniu nie miał wielu maluchów, zderzenie z rzeczywistością bywa szokujące.

JA SIĘ NIE DZIWIĘ!

Musicie jednak coś o mnie i moim mężu wiedzieć już na początku tego opowiadania. Jak to w ogóle możliwe, że mamy sześcioro dzieci i jesteśmy całkiem zadowoleni.
Oboje pochodzimy z dużych rodzin. U niego było jedenaścioro dzieci, a w mojej rodzinie siedmioro. Znamy blaski i cienie związane z małymi różnicami wieku “od środka”.
Ponieważ byłam najstarsza z rodzeństwa, jako nastolatka widziałam moją mamę w ciąży, po porodzie i karmiącą (dużo dłużej niż w latach ’90 było modne). Widziałam jak zaprowadza nas do szkoły z dzieckiem w chuście (wtedy to była sensacja) Dla niej to było naturalne. Dorastałam z małymi dziećmi u boku.

W obu rodzinach były różne tradycje, sposoby wychowywania, pomysły na wakacje, edukacje, jedzenie… ALE to co łączyło nasze dzieciństwo to rodzice, którzy dzieci widzieli jako DAR od Boga. I ta myśl towarzyszyła nam gdy zakładaliśmy rodzinę i towarzyszy nadal.

STRACH

Dlaczego w ogóle postanowiłam wam coś tu napisać na taki “kontrowersyjny temat”. Generalnie unikam wszelkiej gówno burzy w internecie. To nie na moje nerwy i nie chcę aby kiedykolwiek jakaś kobieta po drugiej stronie ekranu płakała przeze mnie.

Jednak ponieważ mój instagram rozwija się dosyć szybko, odkryłam, że wiele kobiet potrzebuje zobaczyć, chociaż trochę CZY TO W OGÓLE MOŻLIWE?

Dostaję dziesiątki zdjęć testów ciążowych. Wiadomości chwytających za serce od dziewczyn, które właśnie odkryły, że są w nieplanowanej ciąży, a ich starsze dziecko ma 2, 3, 6, 12… miesięcy. Czasami mam ochotę poprosić o adres, wskoczyć w autobus i je po prostu wyściskać i popłakać z nimi. Dla nich szczególnie zostawiam kawałek serca w tym tekście.

Jest różnica pomiędzy strachem, a obawą. Obawy też mam zarówno zanim zajdę w ciąże jaki i kiedy już w niej jestem:

  • Jak to będzie? Co by trzeba było zmienić ? mieszkanie? pracę? wózek? większe gary? poszukać innego przedszkola? Poszukać opiekunki? Czy z czegoś powinniśmy zrezygnować? Czy wystarczy nam sił?

Jestem zdania, że to część bycia rodzicem W OGÓLE! Niezależnie od ilości dzieci, od różnic wieku, warunków w jakich żyjemy…
Jednak nie miałam takiego głębokiego strachu przed kolejnym dzieckiem. Raczej pragnienie i zgodę. Skąd? Nie będę silić się na mądrości.
Po prostu ufam i wierzę, że jest dobry Bóg. Strach nie pochodzi od niego. A ja i mój mąż nie jesteśmy herosami, ale doświadczamy jego pomocy każdego dnia.

między tym duetem jest 15 miesięcy różnicy <3 Ciąża z Samuelem to było prawdziwe błogosławieństwo i “lajcik”, a Noemi twierdziła, że to jej dzidzia i wzruszających chwil było mnóstwo.

PODZIAŁ UWAGI

Kult indywidualnego podejścia powoli przekracza granice obłędu. Serio. Owszem potrzebujemy dbać o siebie, rozwijać się , realizować, tworzyć… Jednak gdzieś w tym wszystkim tracimy sens. W tym też trzeba zachować balans!

To słowo “stado” w nazwie mojego profilu nie jest bez znaczenia. Uważam i tak czuję, że człowiek jest stadnym stworzeniem.
Relacja z drugą osobą uczy nas o tym jacy jesteśmy, rozwija w kierunku na jaki nasz umysł samodzielnie by nie wpadł. Nie mówię tu tylko o rozwoju empatii.

Widzę to po moich dzieciach. Widzę to po mnie. Widzę to w wielu rodzinach wielodzietnych, które miałam zaszczyt poznać.

OCZYWIŚCIE, że popełniam błędy wychowawcze. Muszę czasami zrobić dwa kroki w tył i przemyśleć jak na tym konkretnie etapie rozwoju pomagać konkretnie temu dziecku. Ale to… dotyczy też rodzin gdzie dziecko jest jedno, albo co 15 lat 🙂

Moje sposoby na relacje z każdym dzieckiem z osobna:

  • z dziećmi które mają około 3 lata, zaczyna się taki czas, że warto wyjść z nimi na “randkę”. Tylko ja, albo tata i to konkretne dziecko.
    Gdzie? Kiedy? np. idę do spożywczaka biorę jedno, wracamy ze szkoły sami- rozmawiamy, Kuba idzie do “lerua” bierze jakieś dziecko (Noemi uwielbia sklepy budowlane z tatusiem, to typowa “makerka”), a czasami jest to jakieś specjalne wyjście np. tylko z jednym dzieckiem do muzeum, parku, lody, spacer… zależy od osobowości 🙂
  • Jeżeli nie ma opcji, żeby wyjść z domu staram się znaleźć takie momenty w ciągu dnia np. robię obiad – zapraszam to dziecko, które właśnie się kręci bezczynnie nieopodal i przy lepieniu “leniwych” mamy naprawdę kawał czasu na rozmowę. Ogarniam pranie w pralni – po drodze biorę kogoś za rękę ze sobą i rozmawiamy sobie zajmując czymś ręce.
    Ta metoda ma poważną zaletę – przy okazji uczę dzieci funkcjonowania domu, jak co działa, skąd się biorą czyste ubranka, jak powstaje zupa itp. z doświadczenia wiem… że dla wielu dzieci w dzisiejszych czasach jest to sekret…
  • Staram się każdego dnia “wyhaczyć”, każde dziecko osobno, wytulić i bez gadania przyłączyć się na chwile do jego zabawy czy projektu.
    Np. Mamy takiego jednego myśliciela w domu, który lubi zorganizować sobie miejsce na boku i sam w spokoju tworzyć coś z klocków, nie jest bardzo rozmowny. Siadam obok na ziemi i zaczynam budować obok niego, chwile razem żartujemy z naszych dzieł, tulę go…aż sam nie stwierdzi “Lubię cię! Muszę teraz biec bo mój nietoperz ma dziś taki plan…” i biegnie. Z błyskiem w oku.
    To trwa jakieś 5-15 minut… dom mi się nie zawali w tym czasie.
  • Świętowanie urodzin, imienin, dnia w którym np. my, albo starsze dzieci wracają z wyjazdu też zawsze jest okazją do podkreślenia tego, jak bardzo ważny w moim życiu jesteś mały człowieku.

MAŁA RÓŻNICA WIEKU – WYZWANIA TECHNICZNE

Karmienie maluszka, gdy w około kręci się inne maleństwo jest wyzwaniem. Mój sposób to przygotowanie wcześniej “koszyka atrakcji” w których skład wchodzi np. :

– książeczka
– niebrudząca przekąska
– bidon z wodą
– autko, konik, puzzle…

Czasami dzieci zupełnie ignorują mnie i zajmują się swoimi sprawami, a czasami jest to czas ćwiczeń logopedycznych, rozmów o genetyce, słuchanie opowieści o bardzo niemiłym koledze i setki innych rzeczy, które nawet miło robić na siedząco. Czasami po południu gdy potrzebuje nakarmić w spokoju, a Kuba skończy jakiś etap pracy idę zamknąć się w sypialni i karmię w ciszy, a on jest animatorem imprezy domowej 😉

Wieczorne karmienie czasami trwa godzinami, ale często koło 18:00 nasze najmłodsze dziecko najedzone przysypia lub leży ukontentowane w leżaczku. Wtedy zaczyna się prawdziwa operacja wojskowa czyli…

Usypianie dzieci w każdej rodzinie wygląda inaczej. W naszej to jest wysiłek fizyczny dla obojga rodziców, jednak związany bardziej z szykowaniem kolacji i obsługą stołu, a następnie łapaniem keczupowo, dżemowych paluszków, przenoszenie ich pojedynczo do łazienki. (Swoją drogą to też fajny moment na chwile rozmowy w ciszy z każdym dzieckiem osobno) Czasami kąpie Kuba, czasami ja. Po kolei wołamy dzieci – najstarszy myje się już sam z drobną asystą w razie potrzeby.
Najmłodsze dzieci ubieramy w piżamy, te nieco starsze np. od 2 roku życia zaczynają coś tam próbować same, a tak już od 4 roku życia ubierają się same.
(Choć nie bez dopingu… czasami w połowie ubierania spodni jakiś dinozaur zaczyna z nimi rozmawiać. Polecam wtedy zabrać jeszcze jednego dinozaura “mamę” który przypomni małemu, że wielki Samuel się właśnie ubiera i mu napewno zimno – historia autentyczna)

Potem szykujemy stół, stawiamy świecę, drugi rodzic szykuje mleka i herbatki. Gasimy światła i modlimy się. Po skończonej modlitwie, każde dziecko bierze swój ulubiony napój zanosimy maluchy do łóżka, buziaki w czoło, z niektórymi piąteczka, wyściskanie… i dobranoc. Latem gdy długo było jasno często opowiadaliśmy bajki. Ostatnio cała rodzina jest tak zmęczona, że takie opowieści zdarzają się raz na kilka dni. Noworodeczek oczywiście wtedy często wymaga wieczornej obsługi i długiego karmienia… ale im starszy tym łatwiej odkryć o jakiej godzinie idzie spać. Lepiej idzie mi włączanie dzieci do już istniejącej rutyny życia rodziny …bo już jest ustablizowana i po około 3 miesiącach życia dzidziuś sam dołącza do ekipy.

RUTYNA I ŻYCIA KRĄG

Jak wszyscy piszą, mówią i zapewniają rutyna jest ratunkiem w życiu z maluszkami. Im więcej maluszków tym łatwiej funkcjonować, gdy jakieś ramy życia rodzinnego istnieją.

Oczywiście rutyna latem, a rutyna zimą naturalnie jest inna! Zimą nasze dzieci śpią więcej (alleluja!) i od wczesnej godziny do momentu gdy trzeba wstawać. Latem pozwalamy sobie na przeciąganie dnia. Czasami mam wrażenie, że życie takiej rodziny wielodzietnej jest bardzo naturalne 😀

Dobrze jest też sobie odpowiedzieć na pytanie “czy moje dziecko ma dostawać wszystko natychmiast?” Nic nie stanie się trzylatkowi gdy usłyszy:

“dokończę go przewijać i zrobimy sobie picie… chcesz wody czy herbatki? może uszykuj już kubeczki. Też potrzebuje pić, a Noemi?”

Nagle w domu zaczynają pojawiać się wolontariusze. A sceny gdy czterolatek z poważną miną szykuje wodę młodszemu o rok bratu i dodaje ze słowami ” ja też lubię wodę, wypijemy sobie razem” tylko upewniają mnie, że dobrze szykujemy ich do życia.

ZAZDROŚĆ

Temat rzeka. Każda rodzina ma swoje spostrzeżenia. Nie ma co się przekrzykiwać. To co widzę w swoim otoczeniu to, to że niespodziewanie dzieci w wieku 14 – 18 miesięcy przyjmują nowego członka rodziny często łatwiej niż te w wieku 6 lat… to nie matematyka. To miłosna historia, a więcej czasu między narodzinami mogą nie pomóc. Szczególnie jeżeli jesteśmy spięci i wyczuleni na ten problem, już zanim w ogóle zajdziemy w ciążę. Dzieci czują naszą niepewność i rozterki. Do tego patrzą na książeczki, gdzie każda Basia, Kajtuś i Zuzia jest zazdrosna, tupie nóżką i robi sceny bo będzie mieć braciszka. Do tego dochodzą członkowie rodziny z komentarzami:

“HO! HO! Będziesz mieć braciszka – no to się skończyło”

Jak czujesz się kiedy np. masz dostać awans. i ktoś na tą wiadomość mówi:

” HO! HO! Awansik! To teraz z roboty nie wyjdziesz i musisz dalej dojeżdżać… Jesteś taki biedny… skończyło się! “

A co czujesz kiedy słyszysz:

“HO! HO! Ale nowina! Gratulacje, to będzie nowa przygoda… ciekawe jak to będzie… uszykujemy imprezkę z tej okazji ?”

No właśnie…

PUSTY ZBIORNICZEK I JEST NADZIEJA

Jakby tak wszystko zebrać do kupy … (której jest sporo w pierwszych latach życia rodziców rokporokowych…) To są dni w których dosłownie nic nie wychodzi. Nawet my na dwór. Nawet obiad na czas, nawet poranne mycie zębów odbywa się o 16:45. Czasami emocje sięgają zenitu, i należy opuścić pomieszczenie i pokrzyczeć w poduszkę. Czasami nie zdążysz wyjść z pokoju gdy zobaczysz co narobili. Jak to w rodzicielstwie bywa.
Dbaj o siebie. Dbajcie o siebie nawzajem. Jesteście bardzo potrzebni.

Będzie też pięknie.

p.s. Zdjęcia w artykule są autorstwa najstarszej trójki naszych dzieci, musiałam wykupić do nich prawa czekoladą i drobnymi monetami na fundusz legoskowy 😀

“Jak ty to ogarniasz?!” czyli zarządzanie ubraniami w rodzinie wielodzietnej po mojemu.

Jak wiadomo system idealny nie istnieje. Są jednak metody, które działają na korzyść mojej rodziny i mam nadzieję, że zainspiruje też Was!
Może weźmiecie sobie jeden z tych elementów i zyskacie trochę czasu na coś przyjemniejszego niż bycie garderobianą 😉

Zacznijmy od początku.

PRANIE

Pierwsza duża zmiana w naszym gospodarstwie domowym to wymiana zwykłej dogorywającej pralki o marnym załadunku 7 kg na prawdziwy kombajn. Gdy szukaliśmy nowego urządzenia, nasza staruszka już nie działała, więc priorytetem był czas. Wyszukiwanie odpowiedniego urządzenia w internetach, jak zapewne wiecie trwa wieczność, a co forum to mądrzejsze. Obawiając się, że mój mąż podejdzie z pasją i do tego tematu szybko zaproponowałam:
“wpiszmy po prostu największą liczbę kilogramów! Będę rzadziej chodzić do pralni!”
I tak wybraliśmy … 13 kilo zmieniło wiele. Teraz, jeśli nie mam zwyczajnie czasu prać 3-4dni, nadrabiam zaległości nie tygodniami a w ciągu dwóch dni. Niezwykle kojące dla mojego umysłu. Obecnie wychodzi na to, że latem piorę 8 pralek tygodniowo.
Temat proszków to osobny wielki dział, próbowałam wszelkich ekologicznych i ekonomicznych rozwiązań i szczerze wam napiszę, że obecnie używam hipoalergicznego żelu do prania, bezzapachowego, i jestem zadowolona. Jeśli chodzi o sortowanie, nie rozdzielam “dorosłych” od “dziecięcych”. Jak coś jest wyjątkowo brudne (mam czterech synów – oni robią niezwykłe rzeczy w ogrodzie…) to uruchamiam mocniejszy program i jest git. Segregacja kolorów też nie jest jakaś bardzo skomplikowana: białe, czerwono-różowe, ciemne.

Suszenie

Jak wiele godzin zabiera rozwieszanie prania, przewieszanie grubszych ubrań “coby doschły zanim ześmierdną”, gdy wilgotna jesień nie pozwala na wysychanie czegokolwiek. Dwa lata temu, gdy mieliśmy czwórkę dzieci, używaliśmy 3 suszarek i dodatkowego sznura na długość tarasu.
I? I tak brakowało miejsca, a ja musiałam pilnować się, żeby nie wstawić o jedną pralkę za dużo… któż z nas nie zna wieszania prania na krzesłach, lampach i drzwiach w dobie kryzysu? Wystarczy porządna grypka żołądkowa, a dom zmienia się w suszarnię jakiej instagram nie zobaczy, ale my w niej próbujemy się jednak wieczorem zrelaksować…

Pobieżnie tylko wspomnę o metrach kwadratowych jakie zajmują klasyczne suszarki. Dodatkowo moje dzieci STALE je wywracały, a roczniaki ściągały zaczepnie dyndające elementy.

Noemi radośnie wywracająca suszarkę z praniem. 2015 fot. Maja Comastado

Wszystko zmieniła suszarka bębnowa. Tu już kupiliśmy używaną, roczną na olx. Tak na próbę, mając głowę pełną obaw o dramatycznie rosnące rachunki za prąd, zniszczone ubrania, czy po prostu niedosuszone dokładnie grubsze ciuchy. Okazało się, że ta machina tak bardzo skróciła czas jaki poświęcam na pranie, że pokochałam ją szczerze i głęboko. Ponieważ większość sprzętów wymieniliśmy na energooszczędne nie widzimy uciążliwej zmiany w wysokości rachunku.

Prasowanie?

Wiem, że są fanki. Ja akurat nie jestem. Podobno to dlatego, że nie mam ulubionego serialu. Są jednak argumenty, dla których prasowanie ma nieco… głębszy sens niż sam wygląd ubrania (czy poczucie, że coś się jednak robi oglądając taśmowiec XD).
Takie higieniczne. Przedszkolaki jak niejedna z was wie przynoszą bardzo ciekawe stworzenia raz na jakiś czas z placówek (teraz wszystkie robimy bleeeeeee). Są małe i mają swoje ulubione miejsca na głowie albo gdzie indziej. Jedną z metod walki i prewencji, żebyśmy tych dodatkowych lokatorów nie miały jest poddawanie ubrań, pościeli, ręczników działaniu wysokiej temperatury. Osobiście cieszę się, że robi to za mnie maszyna i to dokładnie.

Skąd bierzemy ubrania?

Często pytacie skąd bierzemy ubrania.
Moda na “zerośmieciowość” to całkiem mądra i inspirująca sprawa.
Jak wiadomo siano można wydawać na masę sposobów, my osobiście nie lubimy na nie wiadomo jakie ciuchy. Nie chcę czuć sentymentalnego ukłucia w sercu na widok tygodniowych spodni za 150 zł podartych w taki sposób, że nawet najstarsze krawcowe zastanawiają się “jaki sens ma tu reanimacja…?”

Od lat uwielbiam buszować po “lumpeksach”. Jak znasz już dni i miejsca to naprawdę za niewielkie pieniądze możesz znaleźć dobrej jakości, bardzo fajne ciuchy, którym nic nie dolega. Potem po prostu piorę je z dodatkowym płukaniem i w wyższej temperaturze i już!

Kolejnym elementem mojej gospodarki odzieżowej jest wymienianie się.
Jeśli nie macie jak ja (muszę przeliczyć) 8 szwagierek i 2 sióstr, które mają dzieci to warto poszukać jakiejś grupy, miejsca gdzie te ubrania, które wam zbywają można wymieniać, albo oddawać.

Część rzeczy trzeba jednak kupić w sklepie i to nie jest chyba już sekret, że takie rzeczy jak gatki i skarpetki z pewnej niemieckiej sieciówki podbijają serca wielomatek i nie tylko 😉

Buty – gruby temat

Tu zapraszam do używania własnej głowy.
Temat jest jak się okazuje trochę mniej gorący niż szczepienia, ale bardziej niż parówki.

My np. kupujemy buty zimowe dobrej firmy, które w dodatku się nie odkształcają i możemy ich używać wiele sezonów bo ciągle fajnie wyglądają. Na sezon ciepły już, aż tak nie szalejemy, a jeżeli podeszwa jest zniekształcona to po prostu się z nimi rozstajemy. A jeśli dziecko chodzi w butach np. 3 tygodnie i z nich wyrośnie to je zostawiamy bez cienia obaw o ortopedyczne problemy następnego dziecka.
Nie dajcie się zwariować i po prostu patrzcie, czy coś się nadaje,a jeśli nie to…

WYPAD Z CHATY!


To ważne, żeby nie zagracać sobie domu “możeprzydasiami”, bo potem nawet nie pamiętamy co tam w tym kartoniku jest, i musimy to przy każdych generalnych porządkach oglądać i brać do ręki i od nowa podejmować decyzje. STRATA CZASU!

UKŁADAMY

No to teraz już mamy ubrania i dzieci, które fajnie by było, żeby umiały znaleźć sobie same spodenki, albo odłożyć bluzę na miejsce. A może nawet pomagać przy sortowaniu koszulek na właściwe miejsca?
Dopóki miałam komody i półki to był koszmarek. Gdy mój syn postanowił ubrać bluzę ze spider-manem, a ona była na samym dole stosika “bluzy” … lawina tekstyliów zawsze wywoływała u mnie łzy, bo niezwykle nie znoszę składać ubrań. I to od nowa.

Oglądałam kiedyś program o rodzinie z 19 dzieci. Oczywiście byli z USA i mimo, że wiele z ich wyborów życiowych było odmienne od moich to zafascynowało mnie ich “Hamerykanskie” myślenie o organizacji i “masowe” podejście do wielu technicznych zagadnień. Wiecie te wielopaki, te przestrzenie i pralki przemysłowe… no i ona miała wszystkie ubrania na wieszakach. (poza bielizną ofkors)
Olśniło mnie i postanowiłam tak żyć. Remont generalny jakiego się podjęliśmy dwa lata temu, umożliwił postawienie prostych ścianek i powstały garderoby – dziecięca i nasza. Sami powoli budujemy w niej to co potrzebne, nie spiesząc się nigdzie i patrząc też ile faktycznie miejsca co zabiera.

tu nawet widać że mam przewijak blisko ubrań dwójki najmłodszych – nie muszę od nich odchodzić jak biorę co potrzeba.

Rury zamontowane, proste meble z grubej sklejki, na wymiar tak żeby wykorzystać maksimum powierzchni i już! Koniec z komodami (ostatnio wywieźliśmy na gratowisko ostatnią) i zamówiłam na allegro setki wieszaków. Szybko i tanio. Fajnym patentem są też wieszaki specjalne do spodni i spódniczek, których kilkadziesiąt zamówiłam od razu u tego samego dostawcy.

JAKIE WIDZĘ ZALETY WIESZAKÓW?

  1. Ubrania są dobrze widoczne, można przesunąć nie rujnując porządku i dobrać to co się chce. Nawet jeśli masz 3 lata. A jeśli nie ma mnie w domu, tata, babcie i opiekunki też wiedzą gdzie czego szukać!
  2. Dzieci potrafią same wieszać i odwieszać ubrania. Mogą realnie włączyć się w dbanie o swoje rzeczy. Jak mawiam w takich momentach: ” To nie jest możliwe, żeby jedna osoba dbała o dom w którym mieszka siedmiu ludzi”
  3. Szybko można wyeliminować to z czego dziecko wyrosło. Koszulki, spodnie wisząc pięknie prezentują swoją długość, więc od razu widać co już jest za krótkie. A jeśli masz jak ja dzieci z małą różnicą wieku to po prostu przewieszasz je np. metr w prawo i już 🙂 Ogarnięte!
  4. NIE SKŁADAM 😀
rzut oka na garderobę. zdjęcie niezbyt wystylizowane, ale nie o stylizacji dziś rozmowa <3

SEZONY

Mam bardzo mało skomplikowany sposób na zmianę z sezonu ciepłego na zimny. Gdy zmiana pogody jest ewidentna ściągam torbę z krótkimi spodenkami, sandałami i kaloszami, a chowam kurtki, grube czapki, śpiworki od wózków. Trwa to krótko. Reszty ubrań nie wymieniam.

Chciałabym jakoś optymistycznie zakończyć to moje wyznanie i przypomnieć wam, że żadną perfekcyjną panią domu nie jestem.
Ale na pewno nabieram wprawy w ułatwianiu sobie życia, a systemy które sobie niechcący wypracowałam sprawiają, że mam znacznie bardziej ogarnięte w domu i w głowie niż z dwójką słodkich bałaganiarzy. Nie chodzi mi o nasze dzieci, tylko o nas dwoje tuż po ślubie.

Tekst dedykuję mojemu mężowi, który zaraz będzie to parę dni ogarniał sam <3

Moja historia z nowotworem. Część pierwsza.


Od dawna zbieram się za ten wpis. Nie ma co zwlekać, bo temat jest na tyle istotny, że chcę żeby na tym blogu się pojawił. Przeglądając zdjęcia, rozmyślając nad szpitalnymi perypetiami nie jestem w stanie wyobrazić sobie “morału” tej historii. To się poprostu wydarzyło, zmieniło moje życie – i każdego kto był i jest mi bliski.

Tak wyglądałam gdy pojawiały się pierwsze objawy.

Pełna niezrozumienia patrzyłam na dzieci słonecznego polsatu, które łyse i opuchnięte życzą wesołych świąt telewidzom. One mają raka. Te tam daleko, biedne dzieci (równie nierealne jak te głodujące w afryce, dla nastolatki, którą wtedy byłam). Miałam 17 lat i nie zdawałam sobie sprawy, że to co rodzinny lekarz leczy antybiotykiem i jest rzekomym “zapaleniem oskrzeli” będzie czymś – prawie kimś, kto zmieni moje patrzenie na świat tych chorych dzieci i mój.

Na początku po prostu chudłam. Zbiegło się to z siostrzanym zakładem “kto więcej schudnie” i uważałam, że to zasługa mojej silnej woli, fantastycznej diety i ćwiczeń… Potem pojawiły się nocne poty, ale to pewnie dlatego, że kaloryfer, że to ciągłe zapalenie oskrzeli. Chodziłam do rodzinnego, który zaniepokojony wysyłał mnie na badania krwi ( nic nie wykazywały) i laryngologa, który nawet tego aparatu usg nie użył bo “na pewno się całowała i ma teraz mononukleozę jak cała młodzież, tu nawet nie ma co badać”. Objawy narastały. Nie mogłam biegać, nie wyrabiałam z oddechem, wcześniej obiegnięcie stadionu licealnego to był pikuś teraz w pierwszym okrążeniu nie mogłam złapać tchu. Pani od Wf-u niezadowolona mówiła, że się lenie, a ja buntowniczo powiedziałam, że to się okaże… Potem zaczęło się kłucie w klacie. To było okropne uczucie. Poprosiłam rodziców, żeby mnie zawieźli do lekarza prywatnie ( był wieczór, tam gdzie mieszkaliśmy to była właściwie jedyna opcja) i dostałam kolejny antybiotyk na “zapalenie oskrzeli”.

Guzy, bo było ich już kilka rosły w najlepsze. Pamiętam mój ostatni dzień w szkole. Mieliśmy kartkówkę z biologii z genetyki. Uwielbiałam ten temat i miałam to w małym palcu, więc chciałam iść. Na przerwie przed lekcją poszłam do łazienki i zobaczyłam że naszyjnik który rano swobodnie zwisał z szyi teraz jest napięty jak jakiś hoker. Moja szyja z jednej strony nienaturalnie spuchła. To nie były niewinnie powiększone węzły. Koleżanki które były ze mną były przerażone. Poszłam na kartkówkę. Napisałam jako pierwsza i podeszłam do biurka nauczycielki, żeby pokazać jej moją szyję i że chyba bym musiała iść do lekarza… wyszłam z klasy.

tu już z “rozczesanymi dredami” kilka dni przed przyjęciem do szpitala. Z Kubą ofkors.

Pominę tu teraz dlaczego poszłam nie tego dnia do szpitala, tylko dopiero po weekendzie. Były to jednak dla mnie jedne z fajniejszych dwóch dni, których nie żałuje. Na starym blogu (wiem, że niektórzy z was pamiętają) napisałam wtedy, że to mój najlepszy dzień życia. Cała niedziela od rana do wieczora z Kubą. nie wiedziałam, że minie więcej niż rok zanim znowu pójdziemy na lody do maka i zjemy paczkę ciastek na dachu …

W poniedziałek pojechałam z tatą,( jako osoba niepełnoletnia jeszcze 3 miesiące musiałam u wszystkich lekarzy stawiać się z rodzicami) do szpitala. Tam wszystko poszło szybko. Lekarze do siebie dzwonili na prywatne numery “nie kończ obiadu… jesteś teraz potrzebny do diagnozy…tak. teraz.” I tak w kilka godzin, tuż przed zmrokiem, wyproszono mnie z gabinetu. Byłam wściekła. Wiedziałam, że jest poważnie, uważałam się za prawie dorosłą osobę i nie znosiłam uczucia “oni coś knują”.

Zaprowadzili mnie z plikiem wydruków usg, zdjęciem rtg mojej klatki, wynikami badań komórek pod mikroskopem, które udało mi się zebrać w zadziwiająco szybkiej akcji lekarzy. Wszyscy mieli poważne miny. Lekarka spytała jak mi się oddycha… no nie wiem… kiepsko..

Stanęłam przed drzwiami za którymi miałam spędzić dużo więcej czasu niż myślałam. Dlaczego HEMATOLOGIA ma ten sam oddział co ONKOLOGIA? Pomyślałam, że to dziwne… i wtedy zobaczyłam ich. Zaczyna mi się trudno pisać bo wiele z tych słodkich, spuchniętych, łysiejących kilkuletnich główek już nie ma na ziemi.

Płaczę myśląc o tym wieczorze. Rozmowa z dość pragmatycznym (nie dziwie się – facet pracował na onkologii dziecięcej i nie oszalał… a może to właśnie było szaleństwo) lekarzem była trudna i miała moc bomby atomowej. Ciesze się, że byłam tam razem z tatą. Poprosiliśmy lekarza, żeby nas na chwile zostawił. Pomodliliśmy się. Ja poczułam, że to moja historia, że to odpowiedź na wydarzenia z przed kilku miesięcy, gdzie czułam się naprawdę pytana przez Boga czy go kocham. Odpowiedziałam, że tak, i dostałam takie doświadczenie. Sensu jeszcze nie widziałam. Ale w tym całym szaleństwie czułam, że klocki nie układają się przypadkowo. NIGDY.

Pierwsza noc na oddziale. Kaszel nie dawał mi spać, raczej musiałam siedzieć. Dziewczyna łóżko obok miała jakieś 16 lat, złotą opaskę założoną na mocno przerzedzone włosy i białaczkę. Zaczęła mnie rozśmieszać i pomogła w tym nowym abstrakcyjnym świecie zasnąć.

takie rzeczy wtedy rysowałam po nocach.

Diagnozowano mnie dokładnie kilka dni. Czekaliśmy na ważny wynik, który miał dać odpowiedź o jakimś typie komórek. W między czasie cieszyli się, że mam takie wyniki krwi i martwili, bo guz między płucami był kulą o szerokości 15 cm i uciskał serce, aortę… generalnie nie pomagał w oddychaniu.

W końcu padła diagnoza: Ziarnica Złośliwa. typ IIb. Po ludzku pisząc nowotwór złośliwy węzłów chłonnych powyżej przepony.

Zaczęła się moja walka z własnym zbuntowanym ciałem – tak to widziałam.
O leczeniu napiszę wam następnym razem.

zdjęcie robione kalkulatorem, a mimo to jedno z moich ulubionych. Zrobione kilka dni po powrocie do domu – po pierwszej chemii.