Przeskocz do treści

7

Nina zadowolona, że sprząta z mamą! fot. Anna Makowska

W tym tekście mam nadzieje odpowiedzieć na parę waszych pytań, jak przy takiej gromadzie "pomocników" radzić sobie z porządkowaniem mieszkania.

Czy to w ogóle jest możliwe, że gdy stale ktoś rozsypuje, wylewa, wywraca, miesza i porzuca w dziwnych miejscach, będziemy miały skrawek kanapy na wieczorny odpoczynek?
A w ogóle, czy my mamy zawsze porządek?

Gdzie są moje granice?

Każdy ma swoją granicę tolerancji dla bałaganu. Mnie np. nie denerwuje wysypany pojemnik z zabawkami. Ale sześć pojemników już tak.
Nie denerwuje mnie bałagan w pralni, zajmuję się tym co ważniejsze. Po prostu wiem, że przyjdzie na nią czas i np. w sobotę nadrobię zaległości.

Za to blat w kuchni i stół lubię mieć czysty i zachęcający, żeby przy nim usiąść. Lubię mieć obrus, kwiatek w wazonie. Czuję wtedy, że mam gdzie usiąść gdy potrzebuje przerwy. Gdy otwiera się drzwi wejściowe do naszego domu - stół to pierwsze miejsce które rzuca się w oczy. I tak właśnie miało być, kuchnia jest centrum naszego domu. Dlatego to na niej się skupiam, gdy chcę mieć strefę wolną od klocków.

Czasami trzeba coś zmienić

Nie da się ukryć, że moje maluchy, są dosyć żwawymi pociechami i STALE coś rozsypują. Stanisław uwielbia rozrzucać przyprawy, płatki, piasek z doniczek i inne rzeczy, których nie chcesz mieć przyczepionych do stóp. Do tej pory mieliśmy stale pod ręką przemysłowy odkurzacz, który lubimy ...jednak kupiliśmy go typowo na remont. Jest wielki i bardzo rzuca się w oczy na środku mieszkania, bo co chwilę jest potrzebny. Zaczęłam więc myśleć o jednym z tych bezprzewodowych odkurzaczy.

Dzięki współpracy z firmą Thomas mogę testować Quickstick Stick Boost... i jak się domyślacie okazje by go użyć pojawiają się co chwilę.

Jest niewielki, waży około 3kg, więc bez problemu sprzątam nim jedną ręką. (W drugiej oczywiście trzymam Ninę.) Jest cichutki, więc można bez krępacji użyć go nawet o 5 rano gdy Stachu wysypie resztkę płatków śniadaniowych, a sąsiadka z dołu i reszta dzieci na pewno jest mi wdzięczna za ciche uporanie się z małą katastrofą. Do bajerów, należy podświetlenie ledowe, które wydawało mi się zbędne...aż zaczęłam sprzątać! Dokładnie widać zakamarki np. przy listwach czy pod komodą. O! Właśnie na pewno można go pochwalić za wygodne odkurzanie pod meblami.

To podświetlenie jest bezlitosne 😉 Jeśli gdzieś jeszcze są fafoły do wciągnięcia to ich nie przeoczysz
fot. Anna Makowska


Elegancko mieści się nawet pod niewysokie komody czy sofę. A jeśli chodzi o sofę, specjalne końcówki wymienne do "Quicksticka" pozwalają łatwo i szybko pozbyć się kawałków czipsów po wieczornym maratonie serialu. To samo z kanapą w samochodzie! Mój mąż od razu zachwycił się opcją bezprzewodowego urządzenia, które naprawdę wciąga resztki paluszków z dziecięcych fotelików po wyprawie.

W tej wersji odkurzacz super się sprawdzi przy sprzątaniu samochodu!
fot. Anna Makowska
No i żadnych worków!
fot. Anna Makowska

Łatwo i szybko, albo może się nie udać...


W ogóle w sprzątaniu z dzieckiem u boku często chodzi o nasz komfort. Sprawne narzędzie pod ręką to jest to co sprawia, że chce mi się działać. Dlatego nasz nowy odkurzacz zawiśnie blisko centrum dowodzenia (czyli kuchni) na specjalnym uchwycie. Ważne, żeby blisko był kontakt i przy okazji ładować baterię.
Ty najlepiej znasz twoje mieszkanie i wiesz gdzie najczęściej te małe "awarie" wybuchają. Życie z dwulatkami nauczyło mnie zasady:

Lepiej szybko coś ogarnąć, niż pozwolić na efekt domino.

Maja Comastadello
Myślę, że tutaj nie jest potrzebny opis 😀 fot. Anna Makowska


Innymi "gadżetami", które usprawniły mi prowadzenie domu są na pewno suszarka bębnowa ( możecie przeczytać osobny wpis o tym jak radzę sobie z praniem dla taaaaakiej rodziny) i mop parowy.
Wcześniej nie znosiłam mycia podłóg i zostawiałam to na koniec ... i to mężowi 😀
Teraz odpalam mop i bez żadnego latania z wiadrem, najczęściej samą wodą myję podłogi i mam pewność, że pełzające dzieci bawią się na bezpiecznej powierzchni.

Współpraca całej rodziny

Nie da się posprzątać domu w którym mieszka np. 8 ludzi w pojedynkę... to znaczy można próbować. Jednak zanim skończysz obchodzić każde pomieszczenie dokonując najpilniejszych prac porządkowych, twoje słodkie maluchy rozpoczną jakąś fascynującą zabawę w tym już "doszlifowanym".
Albo lepiej: trzeba już rozpocząć od nowa posiłek bo minęło tyle czasu.

Codziennie zachęcam moje dzieci, żeby robiły proste czynności związane ze sprzątaniem. Czy są najbardziej samodzielni na świecie? Pewnie nie, ale wymagamy od starszej trójki ( 7lat, 5 lat i 4 lata) np. Odnoszenia swoich brudnych ubrań do pralni, odkładania talerzy do zmywarki, starcia rozlanego picia. Powoli uczymy tego też Borysa (3 lata) i Stasia (1,8 roku) i to prawda, że dzieci najlepiej uczą się przez naśladowanie! Maluchy są wręcz dumne, że potrafią zrobić coś NAPRAWDĘ, a nie udają sprzątanie.
Myślę, że fajnie, żeby mieli poczucie, że to ich dom i też są odpowiedzialni jak w nim wygląda.

Ale ciągle się uczą...


Nie zawsze w tygodniu naciskamy na sprzątanie zabawek z podłogi w ich pokoju. Zakładam ze spokojem, że raz w tygodniu porządne sprzątanie razem z mamą, albo tatą w zupełności wystarczy. Nie chodzi przecież o to, żeby dzieci cały wolny czas poświęciły na porządkowanie! Z resztą ... ja też wolę szybką mobilizacje, rozwiązanie palących problemów i pobyć z rodziną.

sprzątanie z prędkością światła 😀
fot. Anna Makowska

Nie dajcie się zwariować

Na koniec chcę Wam powiedzieć- mamy małych dzieci, że przyjdą czasy gdy sobotnie porządki będą sensowne i dadzą trwalsze efekty niż do niedzieli rano. Ale na razie gdy masz np. dwoje maluszków nie zadręczaj się tym czego nie zdążysz lub nie masz siły posprzątać. Owszem usprawniaj funkcjonowanie twojego domu, może coś potrzebuje mieć osobne pudło, może coś powinno leżeć wyżej, może jakaś czynność powinna stać się nawykiem całej rodziny, a może potrzebujesz innego rodzaju urządzenia aby cały proces usprawnić. Jednak najważniejsze jest to, żebyście waszym domem i byciem razem się cieszyli. Te lata szybko nam miną.

Post powstał przy współpracy z firmą Thomas.
KLIK DO ODKURZACZA

4

Wydawało mi się, że temat jest już wyczerpany, jednak stale dostawałam pytania co ja pakuje w tą niezwykłą "podróż życia". Postanowiłam więc zebrać tu najlepsze pomysły i te zupełnie nietrafione. W końcu kilka razy do tego szpitala się jechało...:D

Co za dużo to niezdrowo...

takie szpitalne widoki to ja rozumiem!

Kiedy jechałam na pierwszy poród moim największym błędem było zabranie TRZECH toreb: Jedna na sam poród, jedna dla mnie do szpitala, jedna dla dziecka. Ponieważ zostałam jednak w szpitalu na kilka dni, te wszystkie torby doprowadzały do szału biedne salowe, które codziennie starały się umyć podłogę. Kolejnym dyskomfortem z powodu nadbagażu było to, że wszystko musiałam zabrać ze sobą z sali na porodówkę... a nie każda położna była skora nosić te bambetle. Wcale się nie dziwię.
Zatem jeżeli nie masz w planach się irytować, a w twoim szpitalu brakuje najemnych tragarzy... przemyśl co bierzesz, a co może czekać zapakowane w siatkach i opisane np. na szafie.

Na dobry początek

Od czego zacząć? Dowiedz się co jest już dostępne w szpitalu, który wybrałaś. Z rozmów z koleżankami lub od położnych możesz się dowiedzieć, że wielu szpitalach na ciebie i twojego noworodka czekają:

  • pieluchy
  • podkłady na łóżko dla mamy
  • gigantyczne prostokątne "podpaski"
    (nie są wygodne oczywiście, ale na pierwsze dwie doby jak najbardziej mogą okazać się... w sam raz. )
  • jedzenie dla ciebie w wersji ... podstawowej.
  • kaftaniki, czapeczki, kocyki i flanelki dla malucha
  • mleko modyfikowane dla dziecka w razie potrzeby

Co na pewno musisz zabrać:

Na poród:

Uwaga! Ta torba nie powinna być ciężka.
Ma ważyć tyle, żebyś w razie czego sama ją poniosła.
Mi najlepiej sprawdził się wygodny plecak.

  • dokument z wynikiem badania grupy krwi. Tu nie ma żartów.
  • wynik badania GBS
  • kartę ciąży i resztę wyników
    (ja w każdej ciąży mam tak wiele badań, że pytam lekarza, które z tych powinnam przy mojej sytuacji mieć "na wierzchu" razem z kartą ciąży. Resztę mam w teczce w walizce i w razie potrzeby jest możliwość przeanalizowania)
  • klapki na zmianę
  • ręcznik (do rozważenia dwa, ale niewielkie!)
  • koszula w której chcesz rodzić.
  • druga koszula "awaryjna"
  • dodatkowe bawełniane gatki
  • skarpetki ( bywa zimno w stopy szczególnie gdy poród trwa dłużej
  • woda (polecam mieć jedną mniejszą butelkę z dziubkiem lub bidon, łatwiej trzymać i pić w dziwnych pozycjach 😉 )
  • jedzenie (oczywiście dowiedz się od twojej położnej jaka jest sytuacja i co kiedy możesz! Bywają porody które idą powoli ale fizjologicznie i wtedy np. cukierek do ssania, daktyle, orzechy dodawały mi energii. Ale jeszcze istotniejsze jest... jedzenie dla męża 😀 nie będę się rozpisywać na ten temat - uwierzcie mi na słowo. głodny mąż nie pomaga przy porodzie tak jak podjadający 😉 )
  • gumka do włosów. (nie ma nic bardziej irytującego długowłosą rodzącą niż jej brak w razie potrzeby)
  • Urządzenie fotografujące 🙂 telefon, aparat... to co masz. Pamiętaj o ładowarce.
Udało się!

do szpitala "po porodzie":

Do tego etapu wyprawy polecam walizkę na kółkach.

  • koszule wygodne do karmienia.
    ( ja biorę 2, a resztę układam w opisanej siatce w miejscu ustalonym z mężem. Potem jeśli potrzebuje, żeby mi dowiózł to nie ma problemu. Nie polecam sztucznych materiałów. Ja biorę tylko 100% bawełniane)
  • opcjonalnie szlafrok lub miła bluza.
    (W szpitalu bywa za zimno, lub za gorąco... nie wiem dlaczego nigdy optymalnie 😛 )
  • do rozważenia - drugie klapki.
    ( pierwsze takie które można łatwo umyć masz już z torby porodowej, ale niektóre dziewczyny lubią mieć jeszcze takie do chodzenia po pokoju 🙂 ja wolę wytrzeć papierowym ręcznikiem i mieć tylko jedną parę.)
  • ręcznik
  • szczotka do włosów.
    (zapomniałam na jeden pobyt w szpitalu 😀 nie polecam zapomnieć)
  • wszystko to czym lubisz się myć
    ( ALE najlepiej żeby było delikatne, bezwonne, w małych opakowaniach np. można sobie przelać do zestawów podróżnych.)
  • szczoteczka do zębów i pasta
  • Jeżeli masz ochotę spakuj sobie tusz do rzęs. J
    (a czuje się świątecznie jak pije dobrą herbatkę, mam rozczesane włosy i "zrobione oko". Tylko wtedy dorzuć też coś do demakijażu! )
  • ROZRYWKA
    (Noworodki są różne... może się okazać, że nie masz czasu iść na dłużej do toalety. Ale może się też okazać, że spędzisz całkiem relaksujące godziny bez obowiązków. Ja brałam kindla, książkę, sudoku...)
  • Fajnie mieć papierowe ręczniki i paczkę chusteczek
  • długopis!
  • Kubek, sztućce (dowiedz się jak jest w Twoim szpitalu z tymi akcesoriami. Ja musiałam pakować)
  • dobre herbaty
    (niestety w szpitalu nie dają zazwyczaj dobrej herbaty, a po porodzie naprawdę dobrze jest sporo pić ciepłych napojów!)
  • Przekąski
    (Ponieważ moja rodzina dowoziła mi ciepłe jedzenie nie dorzucałam do tej torby zbyt wiele na zapas. Kilka rzeczy które w razie gdybym rodziła w środku nocy i nie było jedzenia na oddziale. Np. musli w małej paczuszce, paczka orzechów, owsiankę instant...suszone śliwki - dobry pomysł w związku z poporodowymi atrakcjami...)
  • woda
    (do tej torby dorzucam jedną, żeby nie dźwigać, a później donoszą mi tyle ile potrzeba 🙂 )

Dla bobaska

Rzeczy dla dziecka najlepiej, żeby mieściły się do
walizki "poporodowej". To co ty wymieniam musi
mieć możliwość prania w wysokich temperaturach.

  • Ubranka
    (Jeżeli chcesz, żeby dziecko miało swoje ubranka, a nie szpitalne możesz zabrać co chcesz. Pamiętaj tylko, że będziecie tam tylko kilka dni - najprawdopodobniej 2. Nie trzeba brać setek bodziaków : ) ja biorę 2-3 body i spodenki ze stópkami - takie półśpiochy. Lubię też spakować czapeczki jako stylizacje do pamiątkowych zdjęć.)
  • Pieluchy - jeżeli nie ma ich w szpitalu
  • krem do pupy -
    (ja biorę linomag bo to mój ulubiony na odparzenia. Ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby taki maluch się odparzył. W pierwszych dniach nie używam niczego przeciw odparzeniom.)
  • mokre chusteczki.
    (I tu uwaga... przydają się raczej do przetarcia stolika, czy wytarcia na szybko rąk gdy trudno ci wstać bo karmisz lub masz gojącą się ranę po cc. Były porody na które nawet ich nie brałam. Zdrowiej jest myć dzieci wodą! A tej w szpitalnych kranach nie brakuje. W niektórych szpitalach są uszykowane gaziki, waciki które namoczone możesz użyć do podmycia dziecka. )
Pierwsze chwile jako rodzina 2+6
fot. Anna Makowska

Na wielki powrót

tą torbę zostawiam w domu i przywozi mi ją mój mąż

  • ubranie dla ciebie - i buty!
    (Naprawdę przygotuj je wcześniej. Naprawdę. Podekscytowany wydarzeniami tata może mieć problem z wybraniem stylizacji.
    Pamiętaj też, że twój rozmiar może się nie zmienić znacząco - macica nadal potrzebuje czasu żeby się obkurczyć. Coś luźnego lecz ładnego 🙂
    Miej w głowie to że pewnie będziecie chcieli zrobić kilka zdjęć z tej uroczystej chwili.)
  • ubranko dla dziecka.
    (Ja szykuje dwa różne rozmiary. Dlatego, że już kiedyś lekarze zgodnie pomylili się w szacowaniu rozmiaru noworodeczka... i Samuel w rozmiar 56 nigdy się nie zmieścił 😀 Ważył prawie kilogram więcej niż się spodziewali niektórzy.)
  • fotelik.
    (Ostatnie porody robiłam tak, że torbę z ubraniami na wyjście przyczepiałam właśnie do fotelika. )
Powitanie nowego członka rodziny. fot. Anna Makowska

Ostatnie myśli w temacie...

Nie popełniaj też mojego błędu z pierwszego porodu! Jak odwiedza cię ktoś z domu - oddawaj mu ubrania do prania! W przeciwnym razie ze szpitala wyjdziesz z 5 torbami.
Jeżeli ktoś Ciebie chce odwiedzić - uprzedź, żeby ewentualne prezenty poczekały na malucha w domu. A najlepiej, żeby w ogóle maluch dostał je kiedy będziesz miała siły i ochotę na gości. To wcale nie muszą być pierwsze tygodnie po porodzie.

Takie widoki w szpitalu... To Nasz "malutki" Samuel z Tatą.


Nie będzie przesadą notowanie wszystkiego co przyjdzie ci do głowy, że może się przydać. Pod koniec ciąży mój umysł pracował na tyle ciężko... że nie byłam wstanie napisać tego tekstu 🙂 . Takie odhaczanie punkt po punkcie listy rzeczy do spakowania niezmiernie mnie uspokajało!
Zatem bierz śmiało moją listę jako pomocniczą, i stwórz swoją własną dostosowaną do tego co w twoim szpitalu może się przydać. Powodzenia!

22

Temat rodzeństwa z małą różnicą wieku jest rozległy i dla wielu osób ... emocjonujący. Postanowiłam opisać wam nieco moich przemyśleń i anegdot.
OWSZEM TO JEST TRUDNE

Ta trójeczka urodziła się w 2 lata i 9 miesięcy.

Zacznijmy od tego, że #macierzyństwobezlukru jest ważnym elementem tworzenia treści w sieci. Nasze życie z dziećmi często odbiega od romantycznych wizji z "bliskościowych" książek, które czytamy w pierwszej ciąży. Stanowczo pierwsze lata rodzicielstwa nie przypominają też scen z reklam miękkich pieluszek i słodko pachnących płynów do kąpieli noworodka. I czasami dla kogoś kto w swoim otoczeniu nie miał wielu maluchów, zderzenie z rzeczywistością bywa szokujące.

JA SIĘ NIE DZIWIĘ!

Musicie jednak coś o mnie i moim mężu wiedzieć już na początku tego opowiadania. Jak to w ogóle możliwe, że mamy sześcioro dzieci i jesteśmy całkiem zadowoleni.
Oboje pochodzimy z dużych rodzin. U niego było jedenaścioro dzieci, a w mojej rodzinie siedmioro. Znamy blaski i cienie związane z małymi różnicami wieku "od środka".
Ponieważ byłam najstarsza z rodzeństwa, jako nastolatka widziałam moją mamę w ciąży, po porodzie i karmiącą (dużo dłużej niż w latach '90 było modne). Widziałam jak zaprowadza nas do szkoły z dzieckiem w chuście (wtedy to była sensacja) Dla niej to było naturalne. Dorastałam z małymi dziećmi u boku.

W obu rodzinach były różne tradycje, sposoby wychowywania, pomysły na wakacje, edukacje, jedzenie... ALE to co łączyło nasze dzieciństwo to rodzice, którzy dzieci widzieli jako DAR od Boga. I ta myśl towarzyszyła nam gdy zakładaliśmy rodzinę i towarzyszy nadal.

STRACH

Dlaczego w ogóle postanowiłam wam coś tu napisać na taki "kontrowersyjny temat". Generalnie unikam wszelkiej gówno burzy w internecie. To nie na moje nerwy i nie chcę aby kiedykolwiek jakaś kobieta po drugiej stronie ekranu płakała przeze mnie.

Jednak ponieważ mój instagram rozwija się dosyć szybko, odkryłam, że wiele kobiet potrzebuje zobaczyć, chociaż trochę CZY TO W OGÓLE MOŻLIWE?

Dostaję dziesiątki zdjęć testów ciążowych. Wiadomości chwytających za serce od dziewczyn, które właśnie odkryły, że są w nieplanowanej ciąży, a ich starsze dziecko ma 2, 3, 6, 12... miesięcy. Czasami mam ochotę poprosić o adres, wskoczyć w autobus i je po prostu wyściskać i popłakać z nimi. Dla nich szczególnie zostawiam kawałek serca w tym tekście.

Jest różnica pomiędzy strachem, a obawą. Obawy też mam zarówno zanim zajdę w ciąże jaki i kiedy już w niej jestem:

  • Jak to będzie? Co by trzeba było zmienić ? mieszkanie? pracę? wózek? większe gary? poszukać innego przedszkola? Poszukać opiekunki? Czy z czegoś powinniśmy zrezygnować? Czy wystarczy nam sił?

Jestem zdania, że to część bycia rodzicem W OGÓLE! Niezależnie od ilości dzieci, od różnic wieku, warunków w jakich żyjemy...
Jednak nie miałam takiego głębokiego strachu przed kolejnym dzieckiem. Raczej pragnienie i zgodę. Skąd? Nie będę silić się na mądrości.
Po prostu ufam i wierzę, że jest dobry Bóg. Strach nie pochodzi od niego. A ja i mój mąż nie jesteśmy herosami, ale doświadczamy jego pomocy każdego dnia.

między tym duetem jest 15 miesięcy różnicy <3 Ciąża z Samuelem to było prawdziwe błogosławieństwo i "lajcik", a Noemi twierdziła, że to jej dzidzia i wzruszających chwil było mnóstwo.

PODZIAŁ UWAGI

Kult indywidualnego podejścia powoli przekracza granice obłędu. Serio. Owszem potrzebujemy dbać o siebie, rozwijać się , realizować, tworzyć... Jednak gdzieś w tym wszystkim tracimy sens. W tym też trzeba zachować balans!

To słowo "stado" w nazwie mojego profilu nie jest bez znaczenia. Uważam i tak czuję, że człowiek jest stadnym stworzeniem.
Relacja z drugą osobą uczy nas o tym jacy jesteśmy, rozwija w kierunku na jaki nasz umysł samodzielnie by nie wpadł. Nie mówię tu tylko o rozwoju empatii.

Widzę to po moich dzieciach. Widzę to po mnie. Widzę to w wielu rodzinach wielodzietnych, które miałam zaszczyt poznać.

OCZYWIŚCIE, że popełniam błędy wychowawcze. Muszę czasami zrobić dwa kroki w tył i przemyśleć jak na tym konkretnie etapie rozwoju pomagać konkretnie temu dziecku. Ale to... dotyczy też rodzin gdzie dziecko jest jedno, albo co 15 lat 🙂

Moje sposoby na relacje z każdym dzieckiem z osobna:

  • z dziećmi które mają około 3 lata, zaczyna się taki czas, że warto wyjść z nimi na "randkę". Tylko ja, albo tata i to konkretne dziecko.
    Gdzie? Kiedy? np. idę do spożywczaka biorę jedno, wracamy ze szkoły sami- rozmawiamy, Kuba idzie do "lerua" bierze jakieś dziecko (Noemi uwielbia sklepy budowlane z tatusiem, to typowa "makerka"), a czasami jest to jakieś specjalne wyjście np. tylko z jednym dzieckiem do muzeum, parku, lody, spacer... zależy od osobowości 🙂
  • Jeżeli nie ma opcji, żeby wyjść z domu staram się znaleźć takie momenty w ciągu dnia np. robię obiad - zapraszam to dziecko, które właśnie się kręci bezczynnie nieopodal i przy lepieniu "leniwych" mamy naprawdę kawał czasu na rozmowę. Ogarniam pranie w pralni - po drodze biorę kogoś za rękę ze sobą i rozmawiamy sobie zajmując czymś ręce.
    Ta metoda ma poważną zaletę - przy okazji uczę dzieci funkcjonowania domu, jak co działa, skąd się biorą czyste ubranka, jak powstaje zupa itp. z doświadczenia wiem... że dla wielu dzieci w dzisiejszych czasach jest to sekret...
  • Staram się każdego dnia "wyhaczyć", każde dziecko osobno, wytulić i bez gadania przyłączyć się na chwile do jego zabawy czy projektu.
    Np. Mamy takiego jednego myśliciela w domu, który lubi zorganizować sobie miejsce na boku i sam w spokoju tworzyć coś z klocków, nie jest bardzo rozmowny. Siadam obok na ziemi i zaczynam budować obok niego, chwile razem żartujemy z naszych dzieł, tulę go...aż sam nie stwierdzi "Lubię cię! Muszę teraz biec bo mój nietoperz ma dziś taki plan..." i biegnie. Z błyskiem w oku.
    To trwa jakieś 5-15 minut... dom mi się nie zawali w tym czasie.
  • Świętowanie urodzin, imienin, dnia w którym np. my, albo starsze dzieci wracają z wyjazdu też zawsze jest okazją do podkreślenia tego, jak bardzo ważny w moim życiu jesteś mały człowieku.

MAŁA RÓŻNICA WIEKU - WYZWANIA TECHNICZNE

Karmienie maluszka, gdy w około kręci się inne maleństwo jest wyzwaniem. Mój sposób to przygotowanie wcześniej "koszyka atrakcji" w których skład wchodzi np. :

- książeczka
- niebrudząca przekąska
- bidon z wodą
- autko, konik, puzzle...

Czasami dzieci zupełnie ignorują mnie i zajmują się swoimi sprawami, a czasami jest to czas ćwiczeń logopedycznych, rozmów o genetyce, słuchanie opowieści o bardzo niemiłym koledze i setki innych rzeczy, które nawet miło robić na siedząco. Czasami po południu gdy potrzebuje nakarmić w spokoju, a Kuba skończy jakiś etap pracy idę zamknąć się w sypialni i karmię w ciszy, a on jest animatorem imprezy domowej 😉

Wieczorne karmienie czasami trwa godzinami, ale często koło 18:00 nasze najmłodsze dziecko najedzone przysypia lub leży ukontentowane w leżaczku. Wtedy zaczyna się prawdziwa operacja wojskowa czyli...

Usypianie dzieci w każdej rodzinie wygląda inaczej. W naszej to jest wysiłek fizyczny dla obojga rodziców, jednak związany bardziej z szykowaniem kolacji i obsługą stołu, a następnie łapaniem keczupowo, dżemowych paluszków, przenoszenie ich pojedynczo do łazienki. (Swoją drogą to też fajny moment na chwile rozmowy w ciszy z każdym dzieckiem osobno) Czasami kąpie Kuba, czasami ja. Po kolei wołamy dzieci - najstarszy myje się już sam z drobną asystą w razie potrzeby.
Najmłodsze dzieci ubieramy w piżamy, te nieco starsze np. od 2 roku życia zaczynają coś tam próbować same, a tak już od 4 roku życia ubierają się same.
(Choć nie bez dopingu... czasami w połowie ubierania spodni jakiś dinozaur zaczyna z nimi rozmawiać. Polecam wtedy zabrać jeszcze jednego dinozaura "mamę" który przypomni małemu, że wielki Samuel się właśnie ubiera i mu napewno zimno - historia autentyczna)

Potem szykujemy stół, stawiamy świecę, drugi rodzic szykuje mleka i herbatki. Gasimy światła i modlimy się. Po skończonej modlitwie, każde dziecko bierze swój ulubiony napój zanosimy maluchy do łóżka, buziaki w czoło, z niektórymi piąteczka, wyściskanie... i dobranoc. Latem gdy długo było jasno często opowiadaliśmy bajki. Ostatnio cała rodzina jest tak zmęczona, że takie opowieści zdarzają się raz na kilka dni. Noworodeczek oczywiście wtedy często wymaga wieczornej obsługi i długiego karmienia... ale im starszy tym łatwiej odkryć o jakiej godzinie idzie spać. Lepiej idzie mi włączanie dzieci do już istniejącej rutyny życia rodziny ...bo już jest ustablizowana i po około 3 miesiącach życia dzidziuś sam dołącza do ekipy.

RUTYNA I ŻYCIA KRĄG

Jak wszyscy piszą, mówią i zapewniają rutyna jest ratunkiem w życiu z maluszkami. Im więcej maluszków tym łatwiej funkcjonować, gdy jakieś ramy życia rodzinnego istnieją.

Oczywiście rutyna latem, a rutyna zimą naturalnie jest inna! Zimą nasze dzieci śpią więcej (alleluja!) i od wczesnej godziny do momentu gdy trzeba wstawać. Latem pozwalamy sobie na przeciąganie dnia. Czasami mam wrażenie, że życie takiej rodziny wielodzietnej jest bardzo naturalne 😀

Dobrze jest też sobie odpowiedzieć na pytanie "czy moje dziecko ma dostawać wszystko natychmiast?" Nic nie stanie się trzylatkowi gdy usłyszy:

"dokończę go przewijać i zrobimy sobie picie... chcesz wody czy herbatki? może uszykuj już kubeczki. Też potrzebuje pić, a Noemi?"

Nagle w domu zaczynają pojawiać się wolontariusze. A sceny gdy czterolatek z poważną miną szykuje wodę młodszemu o rok bratu i dodaje ze słowami " ja też lubię wodę, wypijemy sobie razem" tylko upewniają mnie, że dobrze szykujemy ich do życia.

ZAZDROŚĆ

Temat rzeka. Każda rodzina ma swoje spostrzeżenia. Nie ma co się przekrzykiwać. To co widzę w swoim otoczeniu to, to że niespodziewanie dzieci w wieku 14 - 18 miesięcy przyjmują nowego członka rodziny często łatwiej niż te w wieku 6 lat... to nie matematyka. To miłosna historia, a więcej czasu między narodzinami mogą nie pomóc. Szczególnie jeżeli jesteśmy spięci i wyczuleni na ten problem, już zanim w ogóle zajdziemy w ciążę. Dzieci czują naszą niepewność i rozterki. Do tego patrzą na książeczki, gdzie każda Basia, Kajtuś i Zuzia jest zazdrosna, tupie nóżką i robi sceny bo będzie mieć braciszka. Do tego dochodzą członkowie rodziny z komentarzami:

"HO! HO! Będziesz mieć braciszka - no to się skończyło"

Jak czujesz się kiedy np. masz dostać awans. i ktoś na tą wiadomość mówi:

" HO! HO! Awansik! To teraz z roboty nie wyjdziesz i musisz dalej dojeżdżać... Jesteś taki biedny... skończyło się! "

A co czujesz kiedy słyszysz:

"HO! HO! Ale nowina! Gratulacje, to będzie nowa przygoda... ciekawe jak to będzie... uszykujemy imprezkę z tej okazji ?"

No właśnie...

PUSTY ZBIORNICZEK I JEST NADZIEJA

Jakby tak wszystko zebrać do kupy ... (której jest sporo w pierwszych latach życia rodziców rokporokowych...) To są dni w których dosłownie nic nie wychodzi. Nawet my na dwór. Nawet obiad na czas, nawet poranne mycie zębów odbywa się o 16:45. Czasami emocje sięgają zenitu, i należy opuścić pomieszczenie i pokrzyczeć w poduszkę. Czasami nie zdążysz wyjść z pokoju gdy zobaczysz co narobili. Jak to w rodzicielstwie bywa.
Dbaj o siebie. Dbajcie o siebie nawzajem. Jesteście bardzo potrzebni.

Będzie też pięknie.

p.s. Zdjęcia w artykule są autorstwa najstarszej trójki naszych dzieci, musiałam wykupić do nich prawa czekoladą i drobnymi monetami na fundusz legoskowy 😀

28

Jak wiadomo system idealny nie istnieje. Są jednak metody, które działają na korzyść mojej rodziny i mam nadzieję, że zainspiruje też Was!
Może weźmiecie sobie jeden z tych elementów i zyskacie trochę czasu na coś przyjemniejszego niż bycie garderobianą 😉

Zacznijmy od początku.

PRANIE

Pierwsza duża zmiana w naszym gospodarstwie domowym to wymiana zwykłej dogorywającej pralki o marnym załadunku 7 kg na prawdziwy kombajn. Gdy szukaliśmy nowego urządzenia, nasza staruszka już nie działała, więc priorytetem był czas. Wyszukiwanie odpowiedniego urządzenia w internetach, jak zapewne wiecie trwa wieczność, a co forum to mądrzejsze. Obawiając się, że mój mąż podejdzie z pasją i do tego tematu szybko zaproponowałam:
"wpiszmy po prostu największą liczbę kilogramów! Będę rzadziej chodzić do pralni!"
I tak wybraliśmy ... 13 kilo zmieniło wiele. Teraz, jeśli nie mam zwyczajnie czasu prać 3-4dni, nadrabiam zaległości nie tygodniami a w ciągu dwóch dni. Niezwykle kojące dla mojego umysłu. Obecnie wychodzi na to, że latem piorę 8 pralek tygodniowo.
Temat proszków to osobny wielki dział, próbowałam wszelkich ekologicznych i ekonomicznych rozwiązań i szczerze wam napiszę, że obecnie używam hipoalergicznego żelu do prania, bezzapachowego, i jestem zadowolona. Jeśli chodzi o sortowanie, nie rozdzielam "dorosłych" od "dziecięcych". Jak coś jest wyjątkowo brudne (mam czterech synów - oni robią niezwykłe rzeczy w ogrodzie...) to uruchamiam mocniejszy program i jest git. Segregacja kolorów też nie jest jakaś bardzo skomplikowana: białe, czerwono-różowe, ciemne.

Suszenie

Jak wiele godzin zabiera rozwieszanie prania, przewieszanie grubszych ubrań "coby doschły zanim ześmierdną", gdy wilgotna jesień nie pozwala na wysychanie czegokolwiek. Dwa lata temu, gdy mieliśmy czwórkę dzieci, używaliśmy 3 suszarek i dodatkowego sznura na długość tarasu.
I? I tak brakowało miejsca, a ja musiałam pilnować się, żeby nie wstawić o jedną pralkę za dużo... któż z nas nie zna wieszania prania na krzesłach, lampach i drzwiach w dobie kryzysu? Wystarczy porządna grypka żołądkowa, a dom zmienia się w suszarnię jakiej instagram nie zobaczy, ale my w niej próbujemy się jednak wieczorem zrelaksować...

Pobieżnie tylko wspomnę o metrach kwadratowych jakie zajmują klasyczne suszarki. Dodatkowo moje dzieci STALE je wywracały, a roczniaki ściągały zaczepnie dyndające elementy.

Noemi radośnie wywracająca suszarkę z praniem. 2015 fot. Maja Comastado

Wszystko zmieniła suszarka bębnowa. Tu już kupiliśmy używaną, roczną na olx. Tak na próbę, mając głowę pełną obaw o dramatycznie rosnące rachunki za prąd, zniszczone ubrania, czy po prostu niedosuszone dokładnie grubsze ciuchy. Okazało się, że ta machina tak bardzo skróciła czas jaki poświęcam na pranie, że pokochałam ją szczerze i głęboko. Ponieważ większość sprzętów wymieniliśmy na energooszczędne nie widzimy uciążliwej zmiany w wysokości rachunku.

Prasowanie?

Wiem, że są fanki. Ja akurat nie jestem. Podobno to dlatego, że nie mam ulubionego serialu. Są jednak argumenty, dla których prasowanie ma nieco... głębszy sens niż sam wygląd ubrania (czy poczucie, że coś się jednak robi oglądając taśmowiec XD).
Takie higieniczne. Przedszkolaki jak niejedna z was wie przynoszą bardzo ciekawe stworzenia raz na jakiś czas z placówek (teraz wszystkie robimy bleeeeeee). Są małe i mają swoje ulubione miejsca na głowie albo gdzie indziej. Jedną z metod walki i prewencji, żebyśmy tych dodatkowych lokatorów nie miały jest poddawanie ubrań, pościeli, ręczników działaniu wysokiej temperatury. Osobiście cieszę się, że robi to za mnie maszyna i to dokładnie.

Skąd bierzemy ubrania?

Często pytacie skąd bierzemy ubrania.
Moda na "zerośmieciowość" to całkiem mądra i inspirująca sprawa.
Jak wiadomo siano można wydawać na masę sposobów, my osobiście nie lubimy na nie wiadomo jakie ciuchy. Nie chcę czuć sentymentalnego ukłucia w sercu na widok tygodniowych spodni za 150 zł podartych w taki sposób, że nawet najstarsze krawcowe zastanawiają się "jaki sens ma tu reanimacja...?"

Od lat uwielbiam buszować po "lumpeksach". Jak znasz już dni i miejsca to naprawdę za niewielkie pieniądze możesz znaleźć dobrej jakości, bardzo fajne ciuchy, którym nic nie dolega. Potem po prostu piorę je z dodatkowym płukaniem i w wyższej temperaturze i już!

Kolejnym elementem mojej gospodarki odzieżowej jest wymienianie się.
Jeśli nie macie jak ja (muszę przeliczyć) 8 szwagierek i 2 sióstr, które mają dzieci to warto poszukać jakiejś grupy, miejsca gdzie te ubrania, które wam zbywają można wymieniać, albo oddawać.

Część rzeczy trzeba jednak kupić w sklepie i to nie jest chyba już sekret, że takie rzeczy jak gatki i skarpetki z pewnej niemieckiej sieciówki podbijają serca wielomatek i nie tylko 😉

Buty - gruby temat

Tu zapraszam do używania własnej głowy.
Temat jest jak się okazuje trochę mniej gorący niż szczepienia, ale bardziej niż parówki.

My np. kupujemy buty zimowe dobrej firmy, które w dodatku się nie odkształcają i możemy ich używać wiele sezonów bo ciągle fajnie wyglądają. Na sezon ciepły już, aż tak nie szalejemy, a jeżeli podeszwa jest zniekształcona to po prostu się z nimi rozstajemy. A jeśli dziecko chodzi w butach np. 3 tygodnie i z nich wyrośnie to je zostawiamy bez cienia obaw o ortopedyczne problemy następnego dziecka.
Nie dajcie się zwariować i po prostu patrzcie, czy coś się nadaje,a jeśli nie to...

WYPAD Z CHATY!


To ważne, żeby nie zagracać sobie domu "możeprzydasiami", bo potem nawet nie pamiętamy co tam w tym kartoniku jest, i musimy to przy każdych generalnych porządkach oglądać i brać do ręki i od nowa podejmować decyzje. STRATA CZASU!

UKŁADAMY

No to teraz już mamy ubrania i dzieci, które fajnie by było, żeby umiały znaleźć sobie same spodenki, albo odłożyć bluzę na miejsce. A może nawet pomagać przy sortowaniu koszulek na właściwe miejsca?
Dopóki miałam komody i półki to był koszmarek. Gdy mój syn postanowił ubrać bluzę ze spider-manem, a ona była na samym dole stosika "bluzy" ... lawina tekstyliów zawsze wywoływała u mnie łzy, bo niezwykle nie znoszę składać ubrań. I to od nowa.

Oglądałam kiedyś program o rodzinie z 19 dzieci. Oczywiście byli z USA i mimo, że wiele z ich wyborów życiowych było odmienne od moich to zafascynowało mnie ich "Hamerykanskie" myślenie o organizacji i "masowe" podejście do wielu technicznych zagadnień. Wiecie te wielopaki, te przestrzenie i pralki przemysłowe... no i ona miała wszystkie ubrania na wieszakach. (poza bielizną ofkors)
Olśniło mnie i postanowiłam tak żyć. Remont generalny jakiego się podjęliśmy dwa lata temu, umożliwił postawienie prostych ścianek i powstały garderoby - dziecięca i nasza. Sami powoli budujemy w niej to co potrzebne, nie spiesząc się nigdzie i patrząc też ile faktycznie miejsca co zabiera.

tu nawet widać że mam przewijak blisko ubrań dwójki najmłodszych - nie muszę od nich odchodzić jak biorę co potrzeba.

Rury zamontowane, proste meble z grubej sklejki, na wymiar tak żeby wykorzystać maksimum powierzchni i już! Koniec z komodami (ostatnio wywieźliśmy na gratowisko ostatnią) i zamówiłam na allegro setki wieszaków. Szybko i tanio. Fajnym patentem są też wieszaki specjalne do spodni i spódniczek, których kilkadziesiąt zamówiłam od razu u tego samego dostawcy.

JAKIE WIDZĘ ZALETY WIESZAKÓW?

  1. Ubrania są dobrze widoczne, można przesunąć nie rujnując porządku i dobrać to co się chce. Nawet jeśli masz 3 lata. A jeśli nie ma mnie w domu, tata, babcie i opiekunki też wiedzą gdzie czego szukać!
  2. Dzieci potrafią same wieszać i odwieszać ubrania. Mogą realnie włączyć się w dbanie o swoje rzeczy. Jak mawiam w takich momentach: " To nie jest możliwe, żeby jedna osoba dbała o dom w którym mieszka siedmiu ludzi"
  3. Szybko można wyeliminować to z czego dziecko wyrosło. Koszulki, spodnie wisząc pięknie prezentują swoją długość, więc od razu widać co już jest za krótkie. A jeśli masz jak ja dzieci z małą różnicą wieku to po prostu przewieszasz je np. metr w prawo i już 🙂 Ogarnięte!
  4. NIE SKŁADAM 😀
rzut oka na garderobę. zdjęcie niezbyt wystylizowane, ale nie o stylizacji dziś rozmowa <3

SEZONY

Mam bardzo mało skomplikowany sposób na zmianę z sezonu ciepłego na zimny. Gdy zmiana pogody jest ewidentna ściągam torbę z krótkimi spodenkami, sandałami i kaloszami, a chowam kurtki, grube czapki, śpiworki od wózków. Trwa to krótko. Reszty ubrań nie wymieniam.

Chciałabym jakoś optymistycznie zakończyć to moje wyznanie i przypomnieć wam, że żadną perfekcyjną panią domu nie jestem.
Ale na pewno nabieram wprawy w ułatwianiu sobie życia, a systemy które sobie niechcący wypracowałam sprawiają, że mam znacznie bardziej ogarnięte w domu i w głowie niż z dwójką słodkich bałaganiarzy. Nie chodzi mi o nasze dzieci, tylko o nas dwoje tuż po ślubie.

Tekst dedykuję mojemu mężowi, który zaraz będzie to parę dni ogarniał sam <3

10


Od dawna zbieram się za ten wpis. Nie ma co zwlekać, bo temat jest na tyle istotny, że chcę żeby na tym blogu się pojawił. Przeglądając zdjęcia, rozmyślając nad szpitalnymi perypetiami nie jestem w stanie wyobrazić sobie "morału" tej historii. To się poprostu wydarzyło, zmieniło moje życie - i każdego kto był i jest mi bliski.

Tak wyglądałam gdy pojawiały się pierwsze objawy.

Pełna niezrozumienia patrzyłam na dzieci słonecznego polsatu, które łyse i opuchnięte życzą wesołych świąt telewidzom. One mają raka. Te tam daleko, biedne dzieci (równie nierealne jak te głodujące w afryce, dla nastolatki, którą wtedy byłam). Miałam 17 lat i nie zdawałam sobie sprawy, że to co rodzinny lekarz leczy antybiotykiem i jest rzekomym "zapaleniem oskrzeli" będzie czymś - prawie kimś, kto zmieni moje patrzenie na świat tych chorych dzieci i mój.

Na początku po prostu chudłam. Zbiegło się to z siostrzanym zakładem "kto więcej schudnie" i uważałam, że to zasługa mojej silnej woli, fantastycznej diety i ćwiczeń... Potem pojawiły się nocne poty, ale to pewnie dlatego, że kaloryfer, że to ciągłe zapalenie oskrzeli. Chodziłam do rodzinnego, który zaniepokojony wysyłał mnie na badania krwi ( nic nie wykazywały) i laryngologa, który nawet tego aparatu usg nie użył bo "na pewno się całowała i ma teraz mononukleozę jak cała młodzież, tu nawet nie ma co badać". Objawy narastały. Nie mogłam biegać, nie wyrabiałam z oddechem, wcześniej obiegnięcie stadionu licealnego to był pikuś teraz w pierwszym okrążeniu nie mogłam złapać tchu. Pani od Wf-u niezadowolona mówiła, że się lenie, a ja buntowniczo powiedziałam, że to się okaże... Potem zaczęło się kłucie w klacie. To było okropne uczucie. Poprosiłam rodziców, żeby mnie zawieźli do lekarza prywatnie ( był wieczór, tam gdzie mieszkaliśmy to była właściwie jedyna opcja) i dostałam kolejny antybiotyk na "zapalenie oskrzeli".

Guzy, bo było ich już kilka rosły w najlepsze. Pamiętam mój ostatni dzień w szkole. Mieliśmy kartkówkę z biologii z genetyki. Uwielbiałam ten temat i miałam to w małym palcu, więc chciałam iść. Na przerwie przed lekcją poszłam do łazienki i zobaczyłam że naszyjnik który rano swobodnie zwisał z szyi teraz jest napięty jak jakiś hoker. Moja szyja z jednej strony nienaturalnie spuchła. To nie były niewinnie powiększone węzły. Koleżanki które były ze mną były przerażone. Poszłam na kartkówkę. Napisałam jako pierwsza i podeszłam do biurka nauczycielki, żeby pokazać jej moją szyję i że chyba bym musiała iść do lekarza... wyszłam z klasy.

tu już z "rozczesanymi dredami" kilka dni przed przyjęciem do szpitala. Z Kubą ofkors.

Pominę tu teraz dlaczego poszłam nie tego dnia do szpitala, tylko dopiero po weekendzie. Były to jednak dla mnie jedne z fajniejszych dwóch dni, których nie żałuje. Na starym blogu (wiem, że niektórzy z was pamiętają) napisałam wtedy, że to mój najlepszy dzień życia. Cała niedziela od rana do wieczora z Kubą. nie wiedziałam, że minie więcej niż rok zanim znowu pójdziemy na lody do maka i zjemy paczkę ciastek na dachu ...

W poniedziałek pojechałam z tatą,( jako osoba niepełnoletnia jeszcze 3 miesiące musiałam u wszystkich lekarzy stawiać się z rodzicami) do szpitala. Tam wszystko poszło szybko. Lekarze do siebie dzwonili na prywatne numery "nie kończ obiadu... jesteś teraz potrzebny do diagnozy...tak. teraz." I tak w kilka godzin, tuż przed zmrokiem, wyproszono mnie z gabinetu. Byłam wściekła. Wiedziałam, że jest poważnie, uważałam się za prawie dorosłą osobę i nie znosiłam uczucia "oni coś knują".

Zaprowadzili mnie z plikiem wydruków usg, zdjęciem rtg mojej klatki, wynikami badań komórek pod mikroskopem, które udało mi się zebrać w zadziwiająco szybkiej akcji lekarzy. Wszyscy mieli poważne miny. Lekarka spytała jak mi się oddycha... no nie wiem... kiepsko..

Stanęłam przed drzwiami za którymi miałam spędzić dużo więcej czasu niż myślałam. Dlaczego HEMATOLOGIA ma ten sam oddział co ONKOLOGIA? Pomyślałam, że to dziwne... i wtedy zobaczyłam ich. Zaczyna mi się trudno pisać bo wiele z tych słodkich, spuchniętych, łysiejących kilkuletnich główek już nie ma na ziemi.

Płaczę myśląc o tym wieczorze. Rozmowa z dość pragmatycznym (nie dziwie się - facet pracował na onkologii dziecięcej i nie oszalał... a może to właśnie było szaleństwo) lekarzem była trudna i miała moc bomby atomowej. Ciesze się, że byłam tam razem z tatą. Poprosiliśmy lekarza, żeby nas na chwile zostawił. Pomodliliśmy się. Ja poczułam, że to moja historia, że to odpowiedź na wydarzenia z przed kilku miesięcy, gdzie czułam się naprawdę pytana przez Boga czy go kocham. Odpowiedziałam, że tak, i dostałam takie doświadczenie. Sensu jeszcze nie widziałam. Ale w tym całym szaleństwie czułam, że klocki nie układają się przypadkowo. NIGDY.

Pierwsza noc na oddziale. Kaszel nie dawał mi spać, raczej musiałam siedzieć. Dziewczyna łóżko obok miała jakieś 16 lat, złotą opaskę założoną na mocno przerzedzone włosy i białaczkę. Zaczęła mnie rozśmieszać i pomogła w tym nowym abstrakcyjnym świecie zasnąć.

takie rzeczy wtedy rysowałam po nocach.

Diagnozowano mnie dokładnie kilka dni. Czekaliśmy na ważny wynik, który miał dać odpowiedź o jakimś typie komórek. W między czasie cieszyli się, że mam takie wyniki krwi i martwili, bo guz między płucami był kulą o szerokości 15 cm i uciskał serce, aortę... generalnie nie pomagał w oddychaniu.

W końcu padła diagnoza: Ziarnica Złośliwa. typ IIb. Po ludzku pisząc nowotwór złośliwy węzłów chłonnych powyżej przepony.

Zaczęła się moja walka z własnym zbuntowanym ciałem - tak to widziałam.
O leczeniu napiszę wam następnym razem.

zdjęcie robione kalkulatorem, a mimo to jedno z moich ulubionych. Zrobione kilka dni po powrocie do domu - po pierwszej chemii.

6

Pierwszy trymestrze! Jak cię trzeba cenić ten tylko się dowie kto cię przeżywa. Piękno drugiego w całej ozdobie lubię, lecz on mija i tęsknię po tobie, Trzeci trymestrze, ciężaru niedoli - co sapiesz i dyszysz i nie jesz do woli...

Tym sucharem inspirowanym klasycznym fragmentem literatury, zaczynam odpowiedź na pytanie jakie padło dziś wieczorem. A skoro pytanie dobre, to i opowiadać ma się ochotę. Podejrzewając elaborat (nie wiedziałam tylko, że zacznę inwokacją do ciąży) godny rozpowszechnienia wrzucam odpowiedź tu niczym list do was dziewczyny. (a może i chłopaki?)

No to jak sobie ułatwić przetrwanie w ciąży?

Pierwsza ciąża jak wiadomo ma swoje zalety. Generalnie możesz spać jeśli wrócisz z pracy, a jeśli nie musisz już zasuwać w robocie - możesz spać właściwie całą dobę. Możesz iść na spacer po kiszone bez większej organizacji, możesz posprzątać i będzie posprzątane... jeśli jest ci niedobrze naprawdę nie musisz gotować żadnej kalafiorowej zupki.

Ciekawiej jest już w drugiej ciąży. Szczególnie jeśli twoja pierworodna duma jest na tyle niesamodzielna i jeszcze przed-przedszkolna, to już wymaga wprawy.

Każda z nas ten czas przechodzi inaczej, jednak nawet nawet ta, która czuje się całkiem nieźle ma momenty gdy naprawdę musi odpocząć, lub chociaż zwolnić tempo. Ja ciąże miałam przeróżne, w każdej coś nowego odkrywałam. Jednak cieszę się tym, że wypracowałam sobie parę sposobów jak sobie ułatwić bycie mamą, która w dodatku jest w osławionym stanie błogosławionym.

Gdy przychodzi taki dzień, że naprawdę nie mam siły się poruszać.

U mnie w pierwszym trymestrze praktycznie co drugi! Po pierwsze głośno mówię, że dziś mamy spokojny dzień. To niesamowite, ale moje dzieci nawet to lubią!
Wtedy w swoim planie mam do zrobienia tylko to co pilne:
-Troska o dzieci (w tym o to najmniejsze pod sercem)
- Troska o siebie

Pierwsze ważne założenie, które sobie głośno powtarzam to :

W moim ciele rozwija się nowy człowiek. To pochłania moją energię. To ważne zadanie. Mam prawo gorzej się czuć.

W takim wolnym trybie jest masa czasu na nadrabianie relacji jeden do jeden z dzieciakami. Czasami siadam przy dwulatku i budujemy z klocków, czasami po prostu się tulimy na kanapie. Ponieważ nie biegam jak szalona od pokoju do pokoju, mamy dużo czasu na rozmowy. Najbardziej lubimy czytać wiersze opatuleni we wszystkie kołdry.

Gdy dzieciaki potrzebują pobiegać, a wśród znajomych, rodziny nie ma nikogo kto może z nimi wyjść - latem robimy jakąś zabawę na balkonie, a zimą proponuje im ćwiczenia do muzyki- na które ja często po prostu patrzę leżąc 😉 (internety są pełne gotowych filmików typu "ćwiczenia dla dzieci").

35 tydzień ciąży ze Stasiem.

Przygotowanie jedzenia musi być w taki dzień najprostsze dla mnie. Śniadania: nie skomplikowane i staram się jeść w tym samym czasie co oni, żeby uniknąć nagłego, wilczego głodu ciężarnej. To zjawisko jest niepożądane, szczególnie w taki dzień, a ja po prostu często z powodu mdłości przekładałam pierwszy posiłek i to zawsze był błąd.

Jeśli mają chęć na przekąskę - sami biorą sobie owoc, albo "chrupaki" (hitem moich dzieci tak przez nie nazywane są wafle ryżowe i tego typu rzeczy).
Najczęściej robię wtedy "Szybką zupę", którą opanowałam do perfekcji - przynajmniej tak twierdzą moje dzieci. Zamiast ziemniaków kasza(chyba już każdy rodzaj tak wykorzystałam) bo nie trzeba obierać. Szczególnie zimą gdy dostęp do ryneczku ze świeżymi warzywami jest znacznie utrudniony nie certolę się i używam mrożonej włoszczyzny. Robię ją sama lub wrzucam gotową sklepową i nie stoję przy blacie kuchennym więcej niż kilka minut.

Z innych technicznych udogodnień są oczywiście rzeczy typu - suszenie całego prania w suszarce - dzieci potrafią przy tym naprawdę pomóc, a ja nie nosze, nie dźwigam. Jeśli trzeba zrobić większe zakupy super rozwiązaniem są te z dostawą do domu. To mnie ratowało szczególnie gdy czekaliśmy na czwarte dziecko na czwartym wysokim piętrze, a panowie dostawcy cieszyli się gdy widzieli kto im otwiera. Jeden powiedział nawet "od razu chce się nosić!".

No i bardzo ważna sprawa. Gdy wraca tata  życie nabiera zupełnie innego tempa. Oczywiście, że on też bywa zmęczony jednak ciąża to szczególny czas, który może mobilizować inicjatywy typu wypad bez mamy do lasu. Polecamy. Dzieci zupełnie inaczej przeżywają wyjścia z samym tatą to ich czas na wzmocnienie przyjaźni, na wspólne przygody. A czas z ojcem dla takich maluchów jest niezastąpiony. Przy pierwszym dziecku przeżywałam oczywiście, czy wszystko wzięli, czy mają ubrania na zmianę i czy napewno wodę. Z czasem odkryłam, że super sobie radzą i to na inne sposoby niż ja! Dla dzieci to bardzo ważne! Relacja z tatą jest bardzo rozwijająca między innymi dlatego, bo jest element ryzyka (można włożyć nogę w sandałku do kałuży...) są przygody (bo zapomnieli pieluch) są atrakcje typu kupno prowiantu na piknik w żabce (bo zapomnieli zabrać z domu). Innymi słowy: POLECAM WAM LASKI DAĆ PRZEJĄĆ KONTROLĘ i iść się przespać.

Chłopaki na wyprawie.

O właśnie! Super ważne jest to aby wasze dzieci rozumiały co się z WAMI dzieje! Tu istotne jest jak im przekazujemy wiadomość, że dziś kiepski dzień. Każdy ma swój sposób, jednak ja przejęłam kilka zdań od mojej teściowej, które uważam za strzał w dziesiątkę. Mówię zazwyczaj:

"Wiecie co... jestem dzisiaj bardzo słaba. To chyba dzidziuś daje znak, że szybko rośnie i muszę więcej odpocząć... Zróbmy dziś spokojny dzień!"

Zakładam, że są mądrzy. Za każdym razem czekają na znaki od dzidziusia, pytają czy gdy się śmieje to on też, pytają czy on lubi pić wodę, czy on by chciał płatki tak jak oni .... tworzy się pewna relacja w rodzeństwie mimo, że ten malutki jest wielkości ziarenka. Zawsze mnie to wzrusza i nakierowuje na to co ważne.

Jeśli myślicie o tym jak swoim dzieciom pomóc zrozumieć co się dzieje z wami, z maleństwem polecam wam książkę wydawnictwa Olesiejuk "czekamy na dzidziusia". Bez problemu ją znajdziecie w internecie, a jest to naprawdę nasza ulubiona. Jest w niej poruszany temat pomocy mamie - opieki nad nią np. podanie kubeczka z wodą czy samodzielne posprzątanie gdy ona nie może się schylać. Naprawdę warta uwagi książeczka z paru powodów bo też pięknie i wyczerpująco na wiek przedszkolny pokazany poród i inne kluczowe momenty.

A tak już na koniec sumując wszystko- jeśli jesteś w ciąży, poproś o pomoc jeśli jej potrzebujesz. Nie czekaj na "koniec świata" gdy już nie wyrabiasz. Może ktoś ci odmówi, jasne, ale najprawdopodobniej znajdzie się ktoś kto chętnie ciebie "odciąży". Czasami może być zaskakujące to jak chętnie i kto się zgodzi.

Och trzeci trymestrze...

21

"Dorastający ludzie" może kojarzy wam się z nastolatkami , jednak jest jeszcze jeden szczególny moment w rozwoju osobowości naszych potomków... Chciałabym wam dziś napisać o trochę śmiesznych, a trochę mrożących krew w żyłach przygodach i niespodziewankach z naszymi dwu-trzy latkami. O tym, że może być łagodnie, ale może też być niebezpiecznie.

Zacznę od zdania skierowanego do was moje kochane dzieci - Jeremiaszu, Noemi, Samuelu i Borysie ( Stachu - ten czas jeszcze przed tobą, ale mam nadzieje, że przejdziemy przez to razem ). Kocham was i było warto. Jak wiadomo w internetach nic nie ginie - może przeczytacie to gdy będziecie mieli już własne smartfony i szlaban na coś ciekawszego.

Pewnego radosnego popołudnia nasz pierworodny, radosny pączuś nie poszedł na drzemkę... był ( i troszkę jest nadal ) typem ładnie śpiącego 10-12 godzin w nocy maleństwa, które do końca 2 roku miał DWIE DRZEMKI w dzień, każda ponad godzinę. Jak ja byłam wyspana... ile ja miałam czasu aby marzyć o następnych dzieciach.

Ale "przyszła kryska na matyska" jak mawia moja babcia. Zrezygnowanie z drzemek łączyło się z nowym zjawiskiem. Dzikim krzykiem, który trwał dobrych parę minut i dotyczył rzeczy, w moim odczuciu, zupełnie małej wagi. Krzywo skarpetka ubrana, płatki są obok miseczki, nie można lizać ściany... ogólnie nie było, aż tak dramatycznie jak na filmach, ale ja byłam w szoku. Jak to możliwe, że taki radosny chłopiec - niezmiernie kochający zasady, nagle robi taaaakie afery...

Urodziła się Noemcia. To był jego dzidziuś, bił mnie gdy nie biegłam natychmiast do łóżeczka gdy stękała. Ściągał jej skarpetki, zabierał zabawki... gorąco się modliłam o natchnienie wychowawcze i o pokój w naszej rodzinie. Otwierałam drzwi Kubie, ze słowami o przemocy w rodzinie - skierowanej na mnie biedną i szłam sobie troszkę popłakać.

Cały ten kryzys był dość łagodny i szybko się skończył. Na pewno pomogła stabilizacja z nową godziną drzemki i to, że nauczył się komunikować. Na to się nie zgadza, ale może się z nami jakoś dogadać. Do dziś jest mistrzem negocjacji z czego jesteśmy dumni i nieraz rozczuleni.

Nasza piękna córeczka. Nasz kwiatuszek. Drzemki były dla niej zbędne już w wieku 18 miesięcy. W nocy często się budziła, a o 5 rano była już naprawdę gotowa na śniadanko i książeczki. Pewnego dnia tak się zdenerwowała, nie do końca wiadomo na co, że... straciła przytomność. Wszystko przypominało nam atak padaczki, po którym znieruchomiała. My byliśmy pewni, że oto umarła na naszych rękach. Ocknęła się po najdłuższych 3 minutach mojego życia. A ponieważ nie mieszkaliśmy wtedy w Polsce, po szybkiej konsultacji telefonicznej z zaufanym pediatrą, zaczęliśmy proces diagnostyczny w bardzo dobrych klinikach w mieście w którym mieszkaliśmy.

W skrócie - ostatecznie padła diagnoza bezdechu afektywnego. Temat był dla nas nowy i przerażający. "Ataki" powtarzały się raz na jakiś czas, ale nauczyliśmy się jak postępować w takich sytuacjach.

  1. Największe prawdopodobieństwo, że to się stanie było gdy Noemi za mało spała. Rutyna snu była w jej przypadku konieczna.
  2. Jeżeli widzieliśmy, że jej płacz lub krzyk jest bezdźwięczny - polewaliśmy jej twarz wodą, otwieraliśmy okno, dmuchaliśmy jej w usta szybko i zdecydowanie. Często okazywało się, że udaje się to zatrzymać w porę.
  3. Poznaliśmy kiedy jest największe ryzyko: gdy się mocno uderzy np. w mebel kiedy biega, gdy ktoś jej nie da tego co ona chce.
  4. Wiedzieliśmy, że super ważne aby nie dawać jej tego przedmiotu który wywołał taką reakcje. Nawet jeżeli to było jej, mogłaby to bez problemu dostać. Według lekarzy, miało to zatrzymać podświadomy sposób wymuszania na innych, swojej woli.
  5. Poinformowaliśmy o tym rodzinę, szczególnie dziadków i opiekujące się naszymi dziećmi osoby. Każdego trochę szkoliliśmy.
  6. Naszym hasłem, które zresztą zostało w rodzinie do dziś i działa było "oddychaj bo zemdlejesz". to zdanie powodowało, że potrafi sama się uspokoić i wziąść głęboki oddech.
  7. Bardzo ważne. aby rodzice lub opiekun zachowali spokój. Szczególnie jeżeli nie uda się zatrzymać bezdechu. Łatwo mówić? Oj było mi trudno, ale to tak ważna sprawa, że trzeba wykazać się męstwem.

To co odkryliśmy przy dwójce pierwszych dzieci i co bardzo pomogło nam przy kolejnych dwulatkach to to, jak ważna jest komunikacja. Nie tylko to co my mówimy, ale jak niesamowicie ważne jest to CO ONI NAM CHCĄ POWIEDZIEĆ.

Jestem przekonana, że dzieci są mądre. Od urodzenia. Ale mając już 18 miesięcy zaczynają mieć swoje zdanie! A może nawet wcześniej, ale koło 2 lat, to co budzi wielką frustrację to techniczna niemożność wypowiedzenia tego co mają w głowie. Jeśli więc miałabym wskazać co najbardziej pomaga mi obecnie przebrnąć przez ten czas "afer" i rekordowo długich krzyków to moja świadomość, że ten oto człowiek jest osobną osobą. Kimś kto ma potrzebę wyrażania siebie, swój pomysł, potrzebę eksperymentu i wsparcia pełnego miłości.

Brzmi niezwykle doniośle... bo to jest doniosły moment! Nasz dzidziuś, maluszek rozwija się! Jest człowiekiem! Ma osobowość - taką, która się jeszcze kształtuje przez nasze pełne szacunku towarzyszenie.

W praktyce jednak każdy rodzic ma ochotę niekiedy wystrzelić się w kosmos. Trudno jest przecież znosić gdy ktoś na nas krzyczy, bije nas, rzuca w nas przedmiotami, rzuca się na ziemię i robi rzeczy, które w frustracji odbieramy jako atak na nas, szantaż, zazdrość o rodzeństwo czy moje najbardziej nieulubione słowo NIEGRZECZNOŚĆ .

I ty i twój maluch potrzebujecie wyrozumiałości. Potrzebujecie się do siebie przytulić po całej "akcji". To przejdzie. Dacie radę.

Pewnego słonecznego popołudnia wyszłam na taras moich rodziców i czułam się jakby przebiegło po mnie stado antylop. Byłam właśnie mamą dwuletniego brzdąca, który urządził dziką 30 minutową aferę - nikt już nie pamięta o co. Popatrzyłam na moją mamę która, pijąc kawkę z papierosem grała sobie w jakąś internetową farmę i spytałam:
- Czy kiedyś będzie łatwiej...-
- Tak. jak dzieci mają 25 lat to jest już naprawdę super. Można się z nimi nawet napić kawy na tarasie.-


8

Każdego dnia trochę się nudzę...To może brzmi zabawnie biorąc pod uwagę, że w naszym domu zawsze jest coś do zrobienia i jakiś maluch mnie potrzebuje.

Ktoś mnie ostatnio spytał czy lubię bawić się z dziećmi...

Trochę tak, a trochę nie. Jest mnóstwo uroczych chwil, fajnego budowania z klocków, wspólnego czytania, malowania... tyle tulenia i rozmów... Ale nie jestem fanką czytania trzeci raz tej samej książki(a kto ma dwulatka z fazą np. na konie ten wie, że czasami książka o koniu trzy razy dziennie to minimum) .

Zabawa w malowanie, kojarzy mi się ze sprzątaniem i rozterkami starszych, że "ktoś ubrudził białą!" lub piskiem młodszych, że chcieliby rozlewać wodę i malować bratu obok twarz... od lat przeglądam blogi z inspiracjami zabaw i staram się robić coś nowego co jakiś czas, jednak nie mogę stwierdzić, że robienie "prac plastycznych" z dziećmi mnie uszczęśliwia... to trochę jak z ćwiczeniami po dłuższej przerwie. Stękam wstając z kanapy, szuram kapciami i z mocno zaciśniętymi oczami myślę "oni chcą się rozwijać - sprzątanie zajmie 15 minut, a to jest mało - potem sobie odpocznę"... Jedno z moich pierwszych odkryć jest takie, że jeśli "malujemy" to ja też szykuje sobie fajny pędzel i kartkę, karton... i maluję swoje. Trochę łatwiej mi wtedy oderwać głowę od martwiąco kapiącej ze stołu czerwonej farby ...

Dni takiej mamy są przepełnione rutyną. Budzę się i codziennie te same działania, aby zapobiec kataklizmowi. Pieluchy, mleka, "kto nie był jeszcze w toalecie?" do trzylatków... szybka owsianka( jeśli jest poniżej zera na dworze), albo płatki (jeśli jest ciepło). Modlitwa, kawa, szybkie "do zobaczenia!" mężowi i podrzucenie "lanczboksa"... och nikt mnie nie potrzebuje! Popatrzę sobie w instagrama, bo książkę to aż żal będzie porzucić za 5 minut...

"mamooooooo..."

I tak kulam się od pralki do zmywarki jednocześnie odpowiadając na pytania z zakresu zainteresowań radosnych pociech. Nie koniecznie pokrywają się z moimi...
Zauważyłam w pewnym momencie, że choć dzień był przepełniony wydarzeniami tak naprawdę dobrymi, pięknymi, ciekawymi to mi jest coraz trudniej angażować się w to "mamowanie" na 100%.

Potrzeba mi było paru lat, żeby zrozumieć:

Jeśli jestem zmęczona - pora odpocząć, a nie rezygnować.

To może się wydawać na początku przedziwne, ale szczególnie po "nudnym" dniu, gdzie jedyne osoby z jakimi rozmawiałam miały poniżej 120cm wzrostu, i właściwie NIC się nie działo to właśnie wtedy musiałam odpocząć. Czasami był to wypad do lidla po "nicszczególnego", czasami spotkanie z koleżankami... ostatnimi czasy odpoczynkiem dla mnie jest wyjście na babską siłownie na jakiś niewymagający pilatesik. Już sama podróż tramwajem, szybki marsz bez wózka, czy spokojne ćwiczenia bez rozpraszania sprawiają, że wracam chętna do czytania po raz milionowy tej samej książeczki.

Jeśli mogę Ci cokolwiek polecić - droga matko malutkich dzieci - znajdź swój sposób na odpoczynek. Dwu godzinna drzemka, czytanie książki w parku, paznokcie... obojętnie. To malutkie dbanie o bycie sobą jest niezbędne jeśli widzę, że brakuje mi zaangażowania w BYCIE RAZEM z dziećmi.

Podczas pisania tego niedługiego tekstu odprowadzałam naszego synka 14 razy do swojego łóżka. Pewnie bym oszalała, gdyby nie to, że napisałam ten list do Was MIMO WSZYSTKO.


15

"Jak one to ogarniają te wielodzietne? To są jakieś tajemne moce!"  myślimy, a zaraz potem przychodzi nam refleksja o "nienadawaniu się i nienastarczaniu".
Przyznam wam się , że ja stale w tą pułapkę wpadam np. obserwując na instagramie pewną matkę DZIESIĘCIORGA dzieci "rok po roku" (która rodzi w domu - marzenie, uczy ich w trybie edukacji domowej, robi co urodziny inne dekoracje urodzinowe ... i ogólnie jest chyba super bohaterką)

Zaskakujące jak często dostaje właśnie takie wiadomości od Was - dzielnych mam, które ledwo co urodziły  i już się martwią. Porównują siebie z innymi  WIZERUNKAMI kobiet, fragmentami ich życia,  i na podstawie kilku białych, wysprzątanych zdjęć - topią się po uszy w wymaganiach do samej siebie.

Gdy byłam dość radosną, zaaferowaną, 23 letnią młodą żoną, okazało się jakieś trzy miesiące po ślubie, że czekamy na dziecko. Przeczytałam kilka książek związanych z tym tematem, no bo trzeba to macierzyństwo najpierw zbadać i być gotową.

Oczywiście obserwowałam inne matki, chodziłam pytać jak się rodzi, jak się karmi, co trzeba by mieć... One tyle wiedziały... co jakiś czas polecały mi książki.
Chyba pierwsza jaką dostałam ze słowami "to jest super", była napisana przez pewną angielską guwernantkę. Wyjątkowo podobał mi się wniosek jaki z niej naprędce wysnułam. Można skatalogować niemowlęta!  Jest ich kilka rodzajów i w pierwszych dniach należy dokonać analizy, a następnie robić to co w instrukcji. Świetnie!

Kolejna polecana przez ekobliskiematki, napisana przez dość... podejrzaną biograficznie kobietę, doprowadziła mnie do łez. Wyłam sama już nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale podejrzewam, że hormony odgrywały tu kluczową rolę. Chodziło o jakieś niezwykłe zwyczaje indian i te dzieci były takie szczęśliwe bo... bla bla bla.

Jak to możliwe spytacie (a może nie bo znacie z autopsji), że dziewczyna, która jeszcze N I E U R O D Z I Ł A, już czuje się niewystarczająca i przerasta ją sama wizja opieki nad niemowlakiem? Otóż tak mogą działać na nas niektóre poradniki (i doradczynie). Pozwolę sobie jednak nie podawać tytułów, bo nie o to tu chodzi. Na każdą z nas zupełnie inne słowa i podejście działa w taki destrukcyjny sposób. JESTEM PEWNA, że dla niektórych te które mnie smuciły, mogły być fantastyczną inspiracją.

Jeśli czujesz, że jakaś "doskonałą pozycja" z kategorii poradników dla matek ci nie odpowiada, nie musisz jej czytać. Serio. I jak powiedział pewien zaprzyjaźniony pedagog "wywalcie te poradniki i wychowujcie po swojemu! jak czujecie!"
Banalne? Nie dla mnie 6 lat temu.

Kulałam się jeszcze do końca nabrzmiałych 42 tygodni. A ich  ukoronowaniem była indukcja porodu. (O jej przebiegu pisałam już kiedyś tu).  Po raczej absurdalnych poradach pań "znających" się na laktacji, wróciłam do domu i się zaczęło.

Co ciekawe i zaskakujące dla mnie wtedy , nie uchroniło mnie przed rozterkami to, że sama byłam starszą siostrą dla sześciorga. Przewijałam, robiłam kaszki, flaszki i zabawy z plasteliną dużo wcześniej niż zdałam do gimnazjum. Być czyjąś matką jest tak odmienne od być siostrą czy opiekunką!

pierwszy tydzień w domu fot. Kuba 

Okazało się, że kategorie podane jak na tacy w mądrej książce, nijak się mają do naszego pierworodnego. Dzwoniłam do Kuby przejęta "to chyba jednak płaczący wrażliwiec!" Podczas gdy następnego dnia był królem imprezy, kontaktowy i pogodny jak noworodki z filmów (te grane przez lalkę). Zaczęłam odkrywać, że dotyczą go różne "rodzaje postępowania". Miewa różne dni, że czasami poprostu rośnie mu ząb, czasami za dużo się działo ... albo czasami za mało!

Żeby okiełznać jakoś swoją codzienność, postanowiłam zapisywać pory karmienia i drzemek. NAGLE okazało się, że powoli nabierają rytmu, są dłuższe niż mi się wydaje, a karmienia bardziej przewidywalne.  Musieliśmy po prostu się poznać!
Moje największe odkrycie, dotyczące takich maleństw to to, że są mądre. Mają osobowość, charakter, upodobania. A ja otwierając uważne oczy i serce,  nie chcę przegapić tego co do mnie MÓWIĄ.

Poradniki są super jeśli Ciebie inspirują! Ale są nie potrzebne, jeśli Ciebie dekoncentrują i zasłaniają to odkrycie: To dziecko, to jedyny w swoim rodzaju człowiek, a ja jestem dla niego najlepszą mamą.

Siedzę teraz pijąc herbatkę (dzięki Maja) i patrzę na te zdjęcia z przed 6 lat i tak się cieszę, że to wszystko mnie spotkało... No i Kuba myje naczynia.

fot. Kuba

52

Nie mogę własnym oczom uwierzyć, że ten dzień właśnie nastał.

Powinnam ciasteczka i kawę rozdawać każdemu kto tu zawitał...
Zatem proszę, proszę do stołu.
Dziś tekst nie długi i niezbyt merytoryczny. Słodzisz?

Ta moja przygoda z @mamajastado i wasze, drodzy czytacze wsparcie, inspiracje i ciągła motywacja popchnęły mnie do rzeczy niewyobrażalnej.
Zadzwoniłam do pana z pomocy home.pl i klikałam bez pamięci w miejsca mojej przeglądarki o jakich mi się nie śniło. Gdy mówił za szybko o niezrozumiałych procesach jakim daje właśnie początek... opowiedziałam mu o kilku rodzajach makaronów i możliwych dla nich zastosowaniach. Zrozumiał, że to raczej niewiasta zupełnie z innej krainy niż informatyczna i wyrażał się powoli i skrupulatnie jak ja gdy uczę trzylatka tajników składania prania.

Pora przelewać pomysły z marginesów, kartek i zeszytów w działanie i posty o tym jak mi poszło. Już czuje spokój, że robię to co lubię i mam nadzieje, że te moje posty będą dla WAS inspirujące!